praga

praga

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Wietnamsko - laotańska pętla. Dzień 3


Dziś niedziela, choć ja zupełnie nie ogarniam dni tygodnia. Na śniadanie wybraliśmy się na Pho Bo - to chyba jedyna potrawa, którą umiemy zamówić i, co więcej, rozumieją, o co nam chodzi :-)  zupa Pho to wydatek rzędu 30 000 vnd .  Ubóstwiałam ten smak już w Warszawie, kiedy odkryliśmy Wietnamczyka na Chmielnej, i byłam ciekawa, czy taki sam smak zastanę w Wietnamie. I nie rozczarowałam się.  Różni się oczywiście detalami - podano nam miętę, którą naciera się pałeczki oraz wrzuca do zupy wedle uznania. Mięsko tez nieco różni się- nie są to równo pokrojone kawałki chudziutkiej wołowiny, ale po prostu kawały mięsa. Niemniej smak niezmiennie jak dla mnie uwodzący.



Po śniadaniu ruszyliśmy do War Museum - niestety, muzeum się mocno rozbudowuje i jest zamknięte.



 Dalszym celem była latarnia morska. Droga na nią niekrótka ale za to widok całkiem przedni.. Widać wzgórze z figurą od tyłu i oczywiście morze po samiuśki horyzont. Wstęp na latarnie miał być bezpłatny, ale pan parkingowy jednak zechciał nas skasować po 10 000 vnd.






Po latarni był czas na kawę.. A to jest to, co misie lubią najbardziej. Już po pierwszym skosztowaniu parzonej po ichniemu kawy wiedziałam, że muszę się nauczyć tego sposobu jej serwowania i wdrożyć go w życie :-)




Po kawie był czas, by zatroszczyć się o transport na dalszą podróż. Bilety do Mui Ne kupiliśmy w cenie po 10 000 vnd na 12.15. Był też wcześniejszy autobus, który jechał w tę stronę o 5.30. ale jechał tylko do Phan Thiet i trzeba by się przesiadać.

Z racji, że jest to miejscowość nadmorska, wybraliśmy się pooglądać rybackie zdobycze wszelkiej maści.






























Jeśli ktoś z was zwrócil uwagę na kwestie przechowywania i tzw higieny to warto wiedzieć że w Wietnamie nie przywiązuje się do tego wagi.

Po tym, jak naoglądaliśmy się tych smakołyków, wybraliśmy się na obiad - na owoce morza. Zapisałam sobie elegancko na karteczce, że poproszę jedno lekko ostre danie z krewetkami i jedno z kalmarami. Tak jak przypuszczaliśmy, angielskiego ni w ząb, więc karteczka się przydała. Jednak to, co zostało na niej napisane, nie było dla pani oczywiste. Zniknęła gdzieś na chwilę i wróciła z czarną reklamówką, po czym  podeszła do nas i, otworzywszy ową reklamówkę, pytająco spojrzała, czy to to, czego chcemy. I znów mowa ciała okazała się skuteczna, bo choć nie dostaliśmy kalmarów, a tylko krewetki, to jednak były przepyszne - w lekko słodko-ostrym sosie. Rewelacja. Z piciem też pani sobie poradziła, stawiając nam na stół pełen wybór napoi dostępnych w lokalu i kasując nas za te wypite :-)

Z racji niedzieli wybraliśmy się na wietnamską mszę (msze o 5, 7, 17, 19). Kościół był pełen, a ludzie elegancko poubierani. Choć  kobiety ubrane w Ao dai na co dzień trudno spotkać, tam wiele było w nie ubrane. Wiele żeśmy nie zrozumieli, poza Jezus, Maryja i Jeruzalem, ale było to cenne doświadczenie globalności Kościoła.

Już po trzech dniach opanowaliśmy także trudna sztukę przechodzenia przez wietnamska ulicę. Zasada brzmi mniej więcej tak: idź do przodu z jednostajną prędkością, w żadnym wypadku się nie cofaj, ani nie przyspieszaj.  Środek drogi jest miejscem względnie bezpiecznym - jeśli nie jedzie taksówka, tudzież inny samochód, i na ciebie nie trąbi, to możesz tam stać. Jeśli widzisz zbliżający się z dużą prędkością motor czy samochód - zwolnij lub przystań na chwilę, niech spokojnie sobie przejedzie, po czym powoli przechodź sobie dalej. W hierarchii drogowej im większy pojazd, tym większe ma przywileje i tym szybciej należy mu zejść z drogi :-)

Zauważyliśmy, że dosyć popularne są w Wietnamie chińskie xiang-gi - grają w nie zarówno starsi, jak i mali chłopcy.



Spacerując po mniej turystycznej części miasta udało mi się trafić na sklep z artykułami gospodarstwa domowego i nie było innej opcji, jak kupić kafeterki do wietnamskiej kawy. Wiec już dziś zapraszam na kawę po wietnamsku :-)

4 komentarze:

  1. Mniam te ślimaczki, ośmiorniczki, kałamarniczki i inne śliskie przysmaki wyglądają tak apetycznie :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Smacznego :) Pozdrawiam z Przemyśla
    Maciek

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajnie się z Wami podróżuje!

    Pzdr.

    OdpowiedzUsuń