praga

praga

poniedziałek, 12 września 2011

Wyjątkowo piękny dzień. Połonina Caryńska.

Ten post dedykuję niejakiej Małgorzacie P., z którą to przemierzyłam tę połoninę, rozmawiając o życiu, pasji, ludziach i tym co w ich wnętrzu. Z którą miałam przyjemność dzielić swoje myśli, przeżycia i wspomnienia oraz odbyć "sentymentalną" podróż niejako ku naszej młodości...













Cieszę się, że mimo braków w codzienności, pewne relacje pozostają wciąż żywe.

środa, 7 września 2011

Nad Utratą. Żelazowa Wola.

Wybraliśmy się w pewne niedzielne popołudnie do Żelazowej Woli. Liczyliśmy na ciszę, spokój, niewielki nieco zarośnięty park i starą chatę zwaną dworkiem i że może coś ktoś powie o Chopinie...

Wyglądało to wszystko jednak nieco inaczej. Chopinowskie centrum ma się bardzo dobrze. Wszystkie parkingi były zatkane i samochody ustawiały się wzdłuż drogi na poboczu a więc ludzi bez liku. Samo centrum nowoczesne. Bilety niezbyt tanie - ulgowy 14zł a normalny 23zł. Tyle dobrze, że do biletów przewodnik audio w cenie.

Sam park ładny i zadbany, pełen urokliwych miejsc, mostków i ławeczek.











Między drzewami i krzewami pochowane są głośniki i podczas niedzielnych koncertów w całym parku rozbrzmiewa Chopinowska muzyka, co robi całkiem fajne wrażenie.

Muzyki można także posłuchać z przewodnika audio. W nim także nagrane są krótkie informacje dotyczące poszczególnych miejsc, pomników





czy roślin w ogrodzie.

Sam dworek ładniejszy zewnątrz niż wewnątrz.





Wnętrze bardzo skromne a historia nagrana w przewodniku jest bardziej historią historii muzeum niż historią związaną z Chopinem i jego twórczością.













Dla nas było zdecydowanie za mało informacji o samym twórcy i jego dziełach.

Nie mniej wyjazd bardzo miły - w sam raz na niedzielne popołudnie :)

Węgierskie wojaże. Dzień 10

Niestety był to ostatni dzień naszej objazdówki po Węgrzech. Zebraliśmy się z rana, ja z Krzyśkiem poszłam na najlepszego langosza z serem i śmiętaną na terenie basenów i pojechaliśmy na zakupy do Tesco, które pozostawię bez komentarza... ;)

Po drodze jeszcze zahaczyliśmy o Tokaj. Trochę po to by odwiedzić Tokajską starówkę a trochę po to by rozglądnąć się za baniaczkiem Muszkatoly dla Taty.

Tokajska starówka kojarzy się sentymentalnie- przynajmniej mi, z wymianą z gimnazjum. Miło było raz jeszcze po niej po krążyć.











Znaleźliśmy także słynne Rakoczi Pince. Nie zdecydowałyśmy się jednak by wejść do środka, bo raz że bilety wcale ni były zbytnio tanie, bo prawie 3000Ft z racji tego, że tylko ja z Anetą mogłabym je zwiedzić, bo chłopaki prowadzili. Zdecydowaliśmy, że wybierzemy się tam innym razem kiedy nie będzie potrzeby by jechać dalej.



Uchwyciliśmy kilka klimatycznych miejsc i ruszyliśmy dalej w drogę. Po drodze kupiliśmy jeszcze 2 litry wina dla Taty- było to najdroższe wino jakie kupiliśmy, ale za to sprzedane w najbardziej wyjątkowej oprawie, bo w prywatnej piwniczce i o najlepszym smaku. Jadąc łapaliśmy jeszcze spojrzeniami winnicowe krajobrazy i trochę z żalem odjeżdżaliśmy ku Słowackiej granicy.











Węgierskie wojaże. Dzień 8 i 9

Po dwóch noclegach w Tiszakecke przyszedł czas by je opuścić. Był ambitny plan by rano wstać i jeszcze pójść na termy, ale raczej pochmurna poranna pogoda skutecznie od tego nas odwiodła. Ruszyliśmy w stronę Egeru a dokładniej do miejscowości Bogacs. Była to jednak najgorsza droga jaką mieliśmy okazję jechać przez Węgry...

Gorąco przestrzegam przed drogą prowadzącą z Tiszakecke do Bogacs'a- prowadzi przez szczere pola i jest tak dziurawa, że nie ma opcji ominąć jednej dziury, bo wpada się w drugą a w efekcie niezbyt długi dystans pokonuje się w horrendalnie długim czasie.
Jedyny plus jaki znaleźliśmy podczas tej morderczej przeprawy przez dziury to piękne łany słoneczników przy których zatrzymaliśmy się na chwilę, by odpocząć od jazdy po dziurach.





Kiedy dotarliśmy do Bogacs'a byliśmy tak zmordowani drogą a do tego jeszcze zaczęło padać...

Tym razem także zakotwiczyliśmy na przy basenowym kempingu. Ceny wyższe niż w Tiszakecke, ale także przyzwoite zważywszy, ze wraz z wstępem na baseny.

1600Ft za osobę
300Ft samochód
170Ft za osobę podatki
niestety nie pamiętam ile wynosiła opłata za namiot ale ok. 1000Ft.
Całkowita cena więc przyzwoita bo ok 28zł za osobę.

Kemping z resztą jak cały obiekt jest zmodernizowany i świeżo wyremontowany. Standard więc jest naprawdę dobry. Jedyny minus to to, że tam także jest dość tłoczno.

Po przyjeździe zanim się rozpadało udało nam się rozbić namioty i zrobić jajecznicę na boczku a nawet ją zjeść. Później czekając aż przestanie padać planowaliśmy dzień kolejny, który zapowiadał się całkiem miło.

Kiedy deszcz ustąpił z Krzyśkiem udaliśmy się w poszukiwaniu sklepu a Karol z Anetą poszli się pomoczyć. Nie udało nam się jednak nic znaleźć. Na wieczór musiał wystarczyć szampan, którego kupiliśmy dla spróbowania w Tiszakecke. Okazał się jednak wyśmienity aż do tego stopnia, że chyba wrócimy na Węgry by kupić go na wesele ;)

Piątkowy poranek przywitał całkiem ładną pogodą. Plan był taki, że Karol z Anetą zostają na basenach a my ruszamy na podbój pobliskich okolic.






Najpierw ruszyliśmy więc w stronę najwyższego szczytu górskiego na Węgrzech. Jak się okazało góry nie są najmocniejszą stroną Węgier. Kekesz ma zaledwie 1014 m.n.p.m. i można wyjechać na jego szczyt samochodem albo kolejką linową w sezonie zimowym.



Na jego szczycie mieści się wieża radiowo- telewizyjna.



Z niej przy ładnej pogodzie można pooglądać panoramę ze wszech stron na pobliskie (pa)górki i miasteczka. Wjazd na górę oczywiście płatny - nie jestem pewna czy dobrze pamiętam, ale chyba 400Ft. My niestety nie mieliśmy okazji pooglądać tych widoków, bo z rana mgła obtulała wszystko.







Wewnątrz wieży jest także kawiarenka w której można wypić kawę i pooglądać widoki (choć szyby temu nie sprzyjają) oraz popodziwiać podobno największą na świecie kolekcję "małpek" znaczy malutkich buteleczek z i po alkoholach. Przyznać trzeba kolekcja jest imponująca, gdyby jednak znacznie uzupełnić ją o wyroby Polskie znacznie zyskałaby na objętości...









Po Kekeszu kolejnym celem podróży była twierdza Sirok a właściwie jej ruiny. Nie mniej z zamkowego wzgórza widoki na pobliskie winnice i miasteczko szczególnie z jej okna były wyjątkowo piękne i upajały smakiem Węgier.











Z Sirok pojechaliśmy do Egeru.



W jednej z klimatycznych kawiarenek na Egerskiej starówce zatrzymaliśmy się na kawę i lody. Choć dostałam nie to co zamówiłam wyjątkowo miło było spoglądać z góry na starówkę przez kawiarniane okno.











Resztę popołudnia spędziliśmy jak to my: włócząc się po mieście, spacerując wąskimi uliczkami, zaglądając do kościołów,











przyglądając się pomnikom,





zahaczając o minaret



i odwiedzając sklepy w poszukiwaniu potencjalnych suvenirów...

Wieczór jak zwykle przyniósł deszcz. Nie przeszkadzało to jednak nic a nic w wieczornych kąpielach. Było nawet w tych chwilach sporo wyjątkowości kiedy siedzieliśmy sami w basenie w deszczu w świetle pobliskich lamp i niewiele bardziej odległych gwiazd... Mimo, iż jeden z basenów był zadaszony nie zamieniliśmy tych wyjątkowych, bo naszych chwil.