praga

praga

czwartek, 28 lutego 2013

Wietnamsko- laotańska pętla. Dzień 30 i 31 Pakse

Uznaliśmy, że Pakse jest całkiem dobrym miejscem na mały chill out. Kluczowym miejscem był więc nasz nocleg. Saigon Champasak Guesthouse duży przestronny pokój z równie dużym balkonem :-)  (100.000kipow)

W końcu udalo napić się dobrej kawy bo jak dotąd w Laosie nam się to nie zdarzylo. A to za sprawą niezbyt odległych plantacji kawy, z których to rzekomo ona pochodzi.

Odwiedzilsmy świątynię z wyjątkowo zezowatym Buddą. Widać zgłębianie Dhammy nie zawsze potrzebuje wyszukanej estetyki. ;)










Przeszliśmy się także na zakupy do tutejszej galerii handlowej. Mi udało kupić się wymarzony od dawna nóż szefa kuchni z porządnej stali. Krzyśkowi natomiast bardzo spodobała się bielizna ze znaczkami zespołów NBA, jednak jak zobaczył, że jest poliestrowa to sobie odpuścił :-)



Rankiem dnia następnego z racji niedzieli wybralismy się na mszę. W kościele w Pakse msze niedzielne są o 9.30 po laotansku i o 15 po wietnamsku.


Chcieliśmy też odwiedzić rekomendowany zespól świątynny w Champasak. Niestety grubo się zfrajerzylismy.

Tuktukiem, czyli lokalnym autobusem  za 20.000 kipow dojechaliśmy do Champasak około 12 w południe z groszami. Z stamtąd do zspołu świątynnego jest jeszcze 10 km i można tę odleglość pokonać tuk tukiem lub wynajętym rowerem. Okazalo się jednak, że ostatni autobus powrotny do Pakse już dawno pojechał a jedyną możliwością powrotu jest łódka o godzinie 14... Tak więc dojazd i około 2 godziny zwiedzania kompleksu no i jeszcze powrót - nie było opcji, żeby zdążyć na łódkę. Oczywiście była jeszcze opcja wynajęcia mini vana, ale to już droższa zabawa, bo 200.000 kipów. Chcąc nie chcąc zrezygnowaliśmy więc ze zwiedzania zasiedlismy na tarasie jednej z knajpek tuż nad Mekongiem i zadowolilismy się widokami i Beerlao.



Coś po 14 przypłynęła łódka i tak leniwie turlaliśmy się Mekongiem przy ogromnym huku silnika. Zdarzyliśmy się zdrzemnąć, odpocząć a nawet znudzić, bo rejs trwal ponad 3 godziny. Już nie daleko do końca wycieczki było, kiedy jeden z dwóch panów kapitanów wyciągnął zielone mango, obral i wszystkich częstował. Udało nam się przy tej okazji dowiedzieć, co jest w ich magicznych woreczkach, w których jakby maczaja różne owoce. Okazało się, że to po prostu mieszanka cukru i zmielonych papryczek chilli. Ciekawe jak nasze polskie jabłka będą smakować z taką mieszanką :-)









Na poprawę nastroi w związku z nieudaną wycieczką kontynuowaliśmy zachwyty nad kuchnią indyjską, która w Laosie jest popularna i tania.
 

środa, 27 lutego 2013

Wietnamsko- laotańska pętla. Dzień 28 i 29 Vientiane

Stolica przywitała nas deszczem, który dopadł nas w drodze do centrum. Niestety nacięliśmy się po raz pierwszy na przewodniku LP. Mapa ma pomyloną skalę i wynikało z niej, że do centrum jest 2 kilometry, co nie jest dużym dystansem. Stwierdziliśmy, że podejdziemy pieszo nie biorąc tuk tuka. Tylko wyszło nam to bokiem, bo okazało się, że do centrum było jakieś 7km. Po jakiś 2 kilometrach dopadł nas deszcz a właściwie to porządna ulewa i i tak trzeba było wziąć tuk tuka.

Znaleźliśmy nocleg w Dragon Lodge za 100.000 kipow.  Pokój co prawda bardzo ciemny i przez to ponury, ale ogólnie w porządku. Trochę źli na pogodę, na poranną handrę złapaliśmy dobrą kawę i ruszyliśmy w miasto, bo akurat przestało padać.

Poszliśmy do najbardziej znanej stupy w Laosie. Najbardziej znanej, bo znajduje się ona w godle państwa a po drodze przeszliśmy  przez łuk tryumfalny z 1960 roku o bliżej nie znanej historii.





Oczywiście w stupie maja przerwę od 12-13.30, na która się załapaliśmy. Zwiedziliśmy więc przy okazji pobliską świątynię.





Wart uwagi jest duży pomnik śpiącego buddy


oraz 'jadalnia' z rewelacyjnymi malunkami opowiadającymi historię życia Buddy.














A tu Krzysiek opowiada historię życia Buddy a ja mu się wtrącam :P



Odnośnie samej stupy. Legenda głosi, że w III w p.n.e. na to miejsce misjonarze cesarza Asioki przynieśli żebro Buddy a rzeczywiście już bez legendy wiadomo, że w jej miejscu Khmerowie między XI a XIII wiekiem wybudowali pierwszy klasztor.



 Powłóczyliśmy się trochę po Vientiane i stwierdziliśmy, że wcale szałem ona dla nas nie jest - ot duże miasto jak każde inne.












Jedynym plusem była jak to w dużym mieście różnorodna kuchnia :-)
Nie oparliśmy się pokusie spróbowania laotańskiej pizzy i trzeba przyznać, że mają całkiem smaczną :-)



Dnia następnego wyczailiśmy indyjskie knajpki :-)  tak więc i na śniadanie i na obiad zajadaliśmy się chlebkiem Naan z jakimiś smakołykami :-)

Klucząc po uliczkach znaleźliśmy oczywiście wielką ilość świątyń z czego większość była niestety  pozamykana,





















znaleźliśmy także meczet


i katolicki kościół a właściwie to katedrę.




Tak więc multi-kulti jak się patrzy.

Późnym popołudniem na zachód słońca wybraliśmy się na spacer - uwaga - spękanym od słońca dnem Mekongu :) w porze suchej Mekong traci przynajmniej połowę swojej szerokości i wygląda jak nieszczególnie duża rzeka. Tak więc kto wie czy nie przeszliśmy przypadkiem tym dnem na teren Tajlandii, której brzeg widać kilka metrów dalej? :)




Wieczorem nocnym autobusem ruszyliśmy do Pakse ( bilety po  180.000 kipow).