praga

praga

wtorek, 21 września 2010

Norweski dziennik namiotowy. Dzień 4

Po porannym "zmrażaniu" mózgu, czyli myciu głowy (wrażenie bezcenne) zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy łapać stopa. Jednak w miejscu gdzie jest 90 km/h łapanie stopa nie należy do najłatwiejszych. Po jakimś czasie bezefektywnego stania ruszyliśmy poboczem na butach i dopiero jakiś młody człowiek z Kosova zatrzymał się i podwiózł do Hegili. Tam zrobiliśmy zakupy- chleb (14Nok) i doładownie karty norweskiej (100Nok)i ponownie stanęliśmy na zatoczce. Po jakiś 30 min zatrzymała się młoda kobieta.

Zarówno nasz Wiking jak i ta kobieta pokazali nam, że w Norwegi samochód jest dla człowieka a nie odwrotnie. I to w dużej przesadzie. Oba samochody były zapełnione wszystkim, co możliwe od puszek po napojach, wszelkiej maści papierkach, śladami zwierząt po zwykły brud. Ale ich właściciele w zupełności nadrabiali cały bałagan ogromną życzliwością.

Okazało się, że kobieta, która nas zabrała jedzie do Tromso. Zmieniliśmy więc trochę nasze pierwotne plany i stwierdziliśmy, że zahaczymy o Tromso następnego dnia. Poprosiliśmy ją więc żeby wysadziła nas możliwie najbliżej Tromso, ale w miejscu gdzie będziemy mieć jakieś fajne miejsce na namiot. Miejsce, które nam znalazła przeszło nasze najśmielsze oczekiwania...

Fjord, muszelkowa plaża, góry dookoła, cisza spokój... Idealne miejsce.



Krzysiek skusił się na kąpiel we fiordzie. A ja znalazłam dla siebie małą zatoczkę, w której woda była trochę cieplejsza niż te orientacyjne 10 stopni we fjordzie.



Po kąpieli wybraliśmy się na spacer wzdłuż fiordu. Co się okazało po piaszczystej, pełnej muszelek plaży. Ani przez chwilę, przed wyjazdem nie pomyślałam, że będę w Norwegii spacerować po plaży i zbierać muszelki gdzieś daleko za kołem podbiegunowym...








Pozbieraliśmy trochę patyków wyrzuconych z morza, rozpaliliśmy sobie ognisko, przy którym zjedliśmy kolację i napawaliśmy się pięknymi widokami czekając na midnight sun.







Niestety chwilę przed północą na słońce naszła chmura, ale myślę, że dzięki temu widoki były jeszcze piękniejsze niż sam midnight sun...








poniedziałek, 20 września 2010

Norweski dziennik namiotowy. Dzień 3

Około godziny 9 wysiedliśmy w Bodo. Przespacerowaliśmy się po porcie i ruszyliśmy w stronę drogi wylotowej z Bodo.



Tam ustawiliśmy się na zatoczce autobusowej i po niespełna kilku minutach łapania stopa zatrzymał się dla nas starszy Norweg , który podwiózł nas do Fauske. Z Fauske zwinął nas młody „wiking”, jak go nazwaliśmy. Mieliśmy wielkie szczęście, że się dla nas zatrzymał, bo jechał bardzo daleko i bardzo długo tą samą drogą, co i my. Spędziliśmy z nim jakieś 7,5h i zawiózł nas jakieś 100km za Narwik.

Nasz Wikingie był typowym Norwegiem: dość wysoki, dobrze zbudowany, rudo-blądne włosy, zarost- typowe cechy norweskich mężczyzn. Cechą Norwegów, już nie zewnętrzną, jest ich życzliwość.

Na trasie drogi z Wikingiem czekała nas przeprawa promowa. Koszt promu za pasażera to w zależności od miejsca przeprawy 25-65 Nok, przynajmniej z tych przepraw, które my po drodze pokonaliśmy. Kiedy przyszło do płacenia biletów Wiking powiedział, że to nie problem, żebyśmy sobie tym nie zawracali głowy i zapłacił dla nas. Uznał nas za swoich „gości”, co było dla nas pierwszym zetknięciem z wielką norweską życzliwością.





Wiking wysadził nas w Bardu, małej wiosce, w której strasznie trudno było złapać nam stopa a i o miejsce dla namiotu na nocleg było ciężko. Przeszliśmy więc kilka kilometrów i w efekcie znaleźliśmy całkiem ładne miejsce na nocleg.



Było co prawda na wzgórzu obok głównej drogi E6, ale mieliśmy zarówno piękne widoki jak i „bieżącą” wodę w strumieniu nieopodal namiotu. To właśnie przy okazji tego noclegu doświadczyliśmy pierwszego :D lodowatego prysznicu w lodowatym górskim strumieniu. Odczucie zimna wody trzeba przyznać niezapomniane…

Na szczęście okazało się, że nasza zielona herbata z jaśminem całkiem nieźle komponuje się z Beefeaterem, który doskonale rozgrzewa po takich orzeźwiających kąpielach.


piątek, 17 września 2010

Norweski dziennik namiotowy. Dzień 2

Pierwsza noc na norweskiej ziemi mięła całkiem spokojnie. Po śniadaniu pakowanie, które póki co szło nam średnio sprawnie i w drogę. Ruszyliśmy w stronę "centrum" wioski Rygge.

Na stacji benzynowej udało nam się zakupić starter operatora komórkowego Lebara (100Nok). Co ciekawe, żeby taka karta SIM zaczęła działać, potrzeba wypełnić umowę, w której konieczne jest podanie nr karty pracowniczej bądź opcja dla turystów nr i serii dowodu oczywiście adres zamieszkania itd. też i ta karta musi być przesłana faxem przez sprzedawcę do operatora sieci. Dopiero kiedy umowa zostanie zatwierdzona karta SIM aktywuje się. Trzeba więc uważać gdzie kupuję się startery, bo mniej uczciwy sprzedawca sprzeda starter bez umowy i karta będzie nie aktywna.My o mały włos nie nacięli byśmy się w ten sposób na lotnisku.

Specerkiem dotarliśmy na stację kolejową. Wydrukowaliśmy bilety, które zarezerwowaliśmy w promocji 3 miesiące wcześniej (po 198Nok bilet) i korzystając z pięknego słońca opalaliśmy się czekając na pociąg.



Norweskie koleje NSB są bardzo drogie. Gdyby nie to, że czychaliśmy na bilety w miniprisie za te same bilety w późniejszym terminie musielibyśmy zapłacić 3-4krotnie więcej. Jednak trzeba przyznać, że to nie nasze pociągi interRegio ani TLK... Standard tych pociągów jest, śmiem twierdzić, wyższy nawet niż naszych EIC.

Nasza podróż pociągiem odbyła się na trasie Rygge- Oslo- Trondheim - Bodo, czyli praktycznie na całej długości trasy norweskiej kolei. Dalej w Norwegii pociągiem dojechać się nie da :)

Na przesiadce w Oslo zaopatrzyliśmy się w Gsport w Campigas (99Nok) i po krótkiej przesiadce ruszyliśmy w stronę Trondheim.

Trzeba przyznać, czasem człowiekowi ciężko się odnaleźć przesiadając się z polskich interRegio w norweskie NSB i ma pewne problemy... I tak właśnie ja Jadzia poszłam sobie do toalety. I pewnie zupełnie łatwiej byłoby gdyby różnego rodzaju przyciski były opisane po angielsku... Udało mi się otworzyć drzwi, ale niestety nie zlokalizowałam przycisku zamykania i nie udało mi się ich zamknąć. Pomyślałam, że w takim razie chociaż umyję, ręce jednak po dłuższej chwili poszukiwania fotokomórki przy kranie, zrezygnowałam. Stwierdziłam wtedy, że dużo się jeszcze muszę nauczyć i z nadzieją, że w kolejnym pociągu będzie nieco inne zamykanie toalety wróciłam na miejsce.

Około 23 mieliśmy ostatnią przesiadkę na naszej trasie. Idąc w po peronie w Trondheim w stronę naszego kolejnego pociągu Krzysiek skomentował: "o patrz tu też mają interRegio". I rzeczywiście tak wyglądał, jednak szybko zmieniliśmy zdanie kiedy wsiedliśmy do środka... Fotele praktycznie całkiem rozkładane, duże, wygodne, dla każdego podróżnego zestaw nocny ( kocyk polarowy,poduszeczka, stopery do uszu i opaska na oczy) i zasłonka w ramach prywatności, żeby odgrodzić się od korytarzyka. Wszystko takie dość stylowe robiące naprawdę wrażenie elegancji i komfortu.No i nawet toaleta była ręcznie zamykana :)



Całą noc spędziliśmy w pociągu, dopiero nad ranem dotarliśmy do Bodo. Podróż była jednak na tyle komfortowa, że przespaliśmy całą drogę praktycznie bez budzenia się.
W sumie w pociągach od wyjazdu z Rygge spędziliśmy 22 godziny, ale dowiozły nas one niezły kawałek za koło podbiegunowe :)



czwartek, 16 września 2010

Norweski dziennik namiotowy. Dzień 1

Nasza wycieczka rozpoczyna się w Krakowie na dworcu głównym. Stamtąd jedziemy pociągiem zmierzającym prosto na Balice :)


Na lotnisku wielkie przepakowywanie i ważenie bagaży. Zabraliśmy ze sobą tylko jeden bagaż rejestrowalny (15kg) i oczywiście 2 bagaże podręczne (po 10kg). Trochę szału było, bo samego jedzenia wzięliśmy z Polski ok 9kg, a gdzie cała reszta namiot, śpiwory i wszystkie graty... Ale po jakimś czasie udało się rozmieścić bagaże w wyznaczonych limitach.

Jednak nie był to koniec trudności. Zdaliśmy bagaż i poszliśmy do odprawy. Niestety okazało się, że kołowrotek wędkarski a dokładniej żyłka na nim, który zapakowaliśmy celowo do bagażu podręcznego, żeby się nie pogiął, nie może się w nim znajdować. Więc albo go wyrzucić albo spróbować dostać się do bagażu głównego, który już został zdany... Szkoda wyrzucać bez choćby próby dodania go do bagażu głównego, więc Krzysiek zniknął a ja ugrzęzłam w strefie bezcłowej. Niestety zostałam ze wszystkimi bagażami i nie mogłam zbytnio wykorzystać właściwości tej strefy i wybrać się "na sklepy".

Po jakimś czasie wrócił zadowolony Krzysiek. Okazało się, że Pan w okienku zdawania bagażu był na tyle miły i pomocny, że odszukał nasz plecak i Krzysiek mógł dopakować tam kołowrotek. Jago zadowolenie wynikało też z jeszcze jednej rzeczy. W saszetce u boku na długopisie miał owiniętą dodatkową żyłkę i tej żyłki celnicy już nie zobaczyli...

Oczywiście zostawił mnie jeszcze na chwile z bagażami i sam wybrał się "na sklepy". Wrócił równie zadowolony jak z przemycania żyłki z litrowym Beefeaterem...

I tak zaopatrzeni w dodatkowe kilogramy, ale za to procentujące dobrym humorem w czasie wyprawy o godzinie 15.15 wystartowaliśmy z naszego wspaniałego Krakowa z nadzieją na wyjątkowo udane wakacje a o 17.20 wylądowaliśmy już szczęśliwie na lotnisku w Rygge. To stąd zaczęliśmy naszą 33dniową wycieczkę po Norwegii.

Następnego dnia mieliśmy zarezerwowane bilety kolejowe ze stacji Rygge więc tego dnia zostało nam już tylko poszukanie jakiegoś ustronnego miejsca na nocleg.
Po przemierzeniu całej długości obszarów lotniska dotarliśmy do wioski i tam na jej skraju w niewielkim lesie rozbiliśmy się na polanie z mnóstwem mrówek i komarów. Ale po całym dniu wrażeń było to dobre i spokojne miejsce na nasz pierwszy nocleg.



czwartek, 9 września 2010

Norweska wyprawa 2010

Plany snute przez dobre pół roku pozwoliły nam spędzić niezapomniane wakacje na północy Europy a dokładniej w Norwegi. Spędziliśmy tam 33dni w ciągu których udało nam się przemierzyć Norwegię od południa po samiuśką północ, czyli Przylądek Północny Nordkapp. To były naprawdę piękne chwile. Dziennik z wyprawy pewnie z czasem załaduje się tutaj a póki co krótka migawka z naszej wyprawy :)