Wietnamsko- laotańska pętla. Dzień 22 i 23 Laos wita was...

Nocny autobus do Thien Dien Phu jednak koszmar na drogą.  Leżąc na dolnym siedzeniu i przykładając ucho do poduszki słyszałam jak szoruje zawieszeniem , które miał mi al naprawdę wysokie, po koleinach. Jakąś kompletna masakra. Chwilami jechał 10 na godzinę a chwilami nie bardzo mógł wyjechać z koleiny, w której właśnie stal. Taka to więc droga. W ogóle to z tym autobusem... Znowu były cyrki- jak to w Azji. Pani w informacji turystycznej sprzedała nam bilet na 18 i jednocześnie o 18 umówiła się z nami, że nas na ten autobus podrzuci, bo on nie wjeżdża do miasta. Wydało nam się to dziwne, ale zgodnie z zasadą że Wietnamczyków nie trzeba rozumieć tylko trzeba im zaufać powiedzieliśmy ok i umówiliśmy się z nią pod naszym hotelem Adam. W hotelu panie, które po angielsku ni w ząb dziwnie patrzyły o co nam chodzi ze znowu przyszliśmy. Przetłumaczyliśmy więc na Google translator, że jesteśmy umówieni i czeka my na kobitkę, która zabierze nas na autobus. No i ok tylko im bliżej było 18 tym panie hotelowe dostawały kręćka, że autobus zaraz nam odjedzie. Uruchomiły wiec syna, by ten motorem zawiózł nas na stacje. Tam oczywiście okazało się, że takiego autobusu nie ma i stwierdzono, że nas ktoś oszukał. Na szczęście jedna ogarnięta pani zadzwoniła do IT i okazało się, że nasza pani z IT właśnie po nas była pod hotelem Adam i że zaraz będzie po nas na stacji. Pani oczywiście nas nie oszukała tylko wiedziała o tym, że przy tak gęstej mgle, która była tego dnia nie musi się spieszyć. Więc na spokojnie przyjechała po nas na stację, uspokoiła ogólna panikę i zabrała na autobus, na który to ze względu na mgłę czekaliśmy jeszcze dobre pół godziny... Tak wiec po raz kolejny sprawdziła się nasza zasada- choć nieco się doprecyzowała i zmieniła - z zaufaj Azjacie na  zaufaj jednemu Azjacie- nie wszystkim na raz :-)

Przy okazji czekania na autobus była okazja by po rozmawiać i popytać kobietę o kilka kwestii, które nas nurtowały.

Jedna główna to była o ten milion mikro biznesów które w Wietnamie funkcjonują. Dokładniej chodzi nam o wszystkie babuszki i Wietnamczyków wystających całymi dniami z bułkami czy na motorach, czekających by kogoś gdzieś podwieźć. Czy ich utrzymuje rząd czy jak, bo przecież wyżyć z tego nie sposób. Ale okazuje się ze jednak sposób, bo rząd wcale im nie dokłada ekstra socjalnego, więc w pewnym sensie szacun, że sobie radzą. Z drugiej drugiej strony ich takie kulturowe podejście do domów które mają jest zdecydowanie przeciwne polskiemu a bynajmniej na pewno podkarpackiemu :-)  dom to jeden wielki pokój służący za salon,  pokój dzienny i często sypialny, zazwyczaj jeszcze służący za miejsce pracy biuro, sklep czy jeszcze inny punkt usługowy. To nie miejsce ciszy, spokoju i domowego azylu. No i nie dbają zbytnio o jego wygląd, wyposażenie. Dbają natomiast o czystość podłóg, bo wchodząc do domu a najlepiej tuż przed progiem zostawić należy buty.

Wracając do podróży w stronę laotańskiej granicy to ogólnie kiepska sprawa ze względu na naprawdę tragiczny stan dróg, ale jakoś dojechaliśmy ok 7.30 nad ranem. Tam w moment później odjeżdżał autobus jadący do Udomaxi - pierwszego większego miasta w Laosie.

Oczywiście po drodze trzeba było przeprawić się przez granicę. Tam jak to w  komunie każdy ma swój zeszycik i coś w nim notuje i każdemu trzeba za to zapłacić. Tak więc od okienka do okienka po jednej stronie i jeszcze do okienka po drugiej stronie. I tak na granicy  za wizy zostawić w przypadku Polskich obywateli należy 30$ plus 8.000 klipów w jednym okienku i 10.000 klipów w drugim okienku.Warto wspomnieć ze 10.000 klipów to jakieś 4 polskie złote.

Całą drogę do Udomaxi jechaliśmy mega śmierdzącym autobusem. To chyba Za sprawą cebuli czy czosnku który w dużej dość ilości, bo konkretnego worka na ziemniaki ktoś przewoził. Do tego oczywiście cały autobus wypełniony był milionem przesyłek pookładanych od dachu po każde możliwe w autobusie miejsce. Tak więc zapakowani z plecakami na kolanach i dodatkowymi pakunkami pod nogami jechaliśmy grube kilka godzin w pięknym laotańskim słońcu :-)

Choć Laos rozpościerał przed nami swoje piękno to umęczeni autobusem niezbyt umieliśmy się nim cieszyć, tym bardziej, że Udomaxi to nie byli nasz cel. W Udomaxi udało się złapać autobus dalej do Luang Namtha. Tam jechaliśmy kolejne 3,5 godziny podziwiając zachód słońca nad górami Laosu.

Po dotarciu okazało się ze wiele hoteli i guest house'ów jest pełnych. Posnuliśmy się więc po kilku aż znalazł się dla nas nocleg i to nie byle jaki bo w prawdziwym indochińskim stylu :-)


Tego wieczoru wyszliśmy tylko zjeść małą kolację naprzeciw naszego noclegu na nocny market. Później padliśmy jak zabici po 28 godzinach nieustannej podróży.

Ranek przywitał nas słońcem i nowymi siłami.





Złapaliśmy śniadanko, wypożyczyliśmy skuter i ruszyliśmy przed siebie. No może nie zupełnie bez celu, bo ten był, choć odległy. Pojechaliśmy do Muang Sing to jest do miasteczka oddalonego od Luang Namtha o jakieś 60 km. Po drodze przejeżdżaliśmy przez wioski laotańskich mniejszości etnicznych. Tam gdzie się dalo tzn gdzie była duża droga przez wieś to wchodziliśmy kawałek do wsi wzbudzając ogólne zainteresowanie połączone z sympatią i głośnym 'sabaidee', czyli 'dzień dobry' krzyczanym po milion razy przez dzieci. Starsi pozostawali przy swoich zajęciach zazwyczaj uśmiechając się i odpowiadając na nasze 'sabaindee'.

 Wchodzenie do wioski nawet dużą szeroką drogą u mnie budziło za każdym razem pewien niesmak. To tak  jakby ktoś wszedł na mój ogród i zaczął zaglądać mi co mam na działce, przez dziurkę od klucza do domu czy w budynki gospodarcze a jednocześnie nie byłby w stanie nic powiedzieć o co mu chodzi i czego potrzebuje. Gdyby ktoś taki przyszedł i powiedział 'dzień dobry jestem ciekawy jak żyjesz chciałbym porozmawiać, powiedziałabym ok siadaj czego się napijesz. A w momencie gdyby chodził i szukał nie wiadomo czego jednocześnie nic nie mówiąc pewnie bym się wkurzyła. Stad też bardzo ostrożnie wchodziliśmy do wiosek starając się w miarę możliwości o nie wywoływanie zamieszania.




A odnośnie tego co mają w tych koszach na plecach. Nie doszliśmy do czego to służy albo co z tego produkują, aczkolwiek mieliśmy wrażenie, że zbieranie a później suszenie tych traw jest głównym zajęciem tych ludzi. Od samiuśkiego rana chodzą po krzakach i zbierają te trawki jednocześnie rozkładając je przy drodze na poboczu, by wysychały. Wieczorem często dosuszają je nad ogniskiem po czym jeździ specjalny samochód, który z każdego domu zbiera właśnie snopki tej trawy. Nasze przypuszczenia są takie, że to na miotełki, które na potęgę przydają się w Laosie i Wietnamie do ciągłego zamiatania podłóg, ale tak naprawdę kto to ich wie...

































Po drodze mieliśmy okazję oglądać prawdziwie dziewicze górskie tereny, rozpościerające się dookoła. Gdzieniegdzie po ukrywane były właśnie te wioski dodające smaku całości wycieczki. Co też ważne był bardzo znikomy ruch na drodze, co dodawało przyjemności. W Muang Sing tak naprawdę nic ciekawego nie ma. Kilka knajpek i guest house'ów i to wszystko. Zjedliśmy i obróciliśmy w drogę powrotną.
















Z racji że w Luang Namtha zastała nas niedziela warto wspomnieć o kościele w Laosie i jego sytuacji. Niestety w Laosie kościół łatwo nie ma. Spotykają go liczne represje - aresztowania księży, konfiskaty majątków kościelnych, utrudnienia administracyjne. Co więcej na diecezje północna, czyli na północny Laos przypada jeden ksiądz a biskup ma zakaz podróży na północ, by nie ewangelizować tych terenów. Tak więc najbliższy kościół na północy znajduje się dopiero w Luang Prabang.

Wieczorem po powrocie z motorków udaliśmy się na nocny market, by za kosztować tutejszych specjałów. Zjedliśmy osławioną papaja salad, laab, czyli sałatkę z makaronu ryżowego z mięskiem  z ziołami, coś jakby sałatkę, ale kiszoną i  ichniejsze galaretkowate słodycze. Wszystko oczywiście w akompaniamencie beerlao :-)

Prześlij komentarz