Wietnamsko - laotańska pętla. Dzień 37 i 38 Da Lat

Problem naszego autobusu polegał na tym, że trochę przekombinowaliśmy. Autobus był około 16 i patrząc na odległość Da Lat od Kon Tum oszacowaliśmy, że będziemy na miejscu około północy. Zabezpieczając się więc, by znów nie zostać bez noclegu i nie szukać go po nocy poprosiliśmy naszą panią recepcjonistkę, żeby zadzwoniła nam do wskazanego hotelu i zarezerwowała pokój. Po kilku próbach udało jej się wiec spokojnie ruszyliśmy w drogę.

Po drodze okazało się jednak, że nasze szacowanie drogi w ogóle nie pokrywało się z rzeczywistością. Droga była niczym nasza polna. Czerwony kurz wdzierał się do środka autobusu a Wietnamski Pop Music grał z cała mocą przez caluśką noc... Dosłownie, bo do Da Lat dojechaliśmy około 4 nad ranem. Nasza droga z zajęła więc 12 a nie szacowane 8 godzin. Ale cóż zrobić - Europejczyk nie jest w stanie tego przewidzieć :)

Złapaliśmy taksówkę i mimo wczesnego ranka udaliśmy się do zarezerwowanego hotelu. Był  bardzo rześki ranek. Jak rzadko w Wietnamie panowała cisza. Powoli jednak ludzie zaczęli przemykać w okolicy, ktoś zaczynał rozstawiać jakieś jedzenie, była więc szansa, że niebawem i w naszym hotelu ktoś wstanie i łaskawie otworzy drzwi. Zdążyliśmy zjeść śniadanie w okolicznej knajpce, trochę jeszcze poczekaliśmy i udało się wejść do środka. Co ciekawe jednak, Pani właścicielka o naszej rezerwacji nic nie wiedziała... na szczęście nie było problemu z wolnymi pokojami. Zmyliśmy z siebie czerwoną warstwę kurzu i zdrzemnęliśmy się jeszcze dobrą chwilę.

Koło 9 jednak nie tracąc czasu ruszyliśmy na spacer. Da Lat jest przyjemnym miasteczkiem. Mi trochę przypominało jakieś nasze uzdrowiskowe miasteczko górskie, bo Da Lat leży dość wysoko. Z racji położenia nie ma w nim też takiego skwaru a nawet powiedziałabym od jeziora zawiewa przyjemny chłodek.





Z racji Nowego Roku, który miał nastąpić właśnie dnia następnego trwały w mieście ostatnie przygotowania. Kupowano ostatnie drzewka noworoczne i robiono ostatnie zakupy, stąd bazar i miasto pękało w szwach.









Wybraliśmy się do Szalonego Domu, z którego niejako Da Lat jest znane. Wstęp 35.000vnd. Można w nim pooglądać pokoje w surrealistycznym stylu z resztą sam dom też ma mocno abstrakcyjne kształty. Pokój nawet można wynająć, ale akurat nie byliśmy tym zainteresowani więc szczegółów nie znam. Tak naprawdę nic szczególnego to nie jest choć panorama z najwyższego punktu jest całkiem przyjemna.

















 Zrobiliśmy też rundkę dookoła jeziora, oczywiście wstępujac do mijanych świątyń...


















A wieczorem zwyciężyło najzwyklejsze lenistwo i chęć odpoczynku. Kupiliśmy chyba jedyne wietnamskie wino, czyli Da Lat, i wieczór spędziliśmy na ogólnie pojmowanym relaksie :)



Ranek dnia następnego to była niedziela. Z rana poszliśmy na śniadanie. Spore było nasze zdziwienie, mimo iż wiedzieliśmy, że jest dla nich Nowy Rok, kiedy kelner życzył nam "Happy New Year" :)

A po śniadaniu udaliśmy się do katedry na mszę (noworoczną). Msze w katedrze w Da Lat w niedzielę o godzinach 5.15, 7.15, 8.30, 16, 18.



 Po mszy spacerkiem wróciliśmy do hotelu, żeby się spakować, bo około 12 mieliśmy autobus do Sajgonu.




33 komentarze