Wietnamsko - laotańska pętla. Dzień 34, 35, 36 Kon Tum - spowrotem w Wietnamie

O 6 rano miał być autobus do Wietnamu. I był, tylko że podstawiony a nie odjeżdżał... Odjechał chyba koło 7:30... Co więcej Pan kierowca naszego autobusu miał monopol na swoją trasę i zażądał horrendalnej sumy po 200.000 kipów za przejazd, gdzie przewodnik orientacyjnie mówi o 80.000  kipów. Rady na to nie było, bo następnego ranka byłby ten sam kierowca a czy udało by się zarezerwować miejsca na autobus Ma Linh nie wiadomo a poza tym szkoda nam było już trochę czasu. Wystarczająco długo tam już ugrzęźliśmy. Wkurzeni więc maksymalnie za nieróbstwo laotańczyków i zwykłe rabowanie białych z ulgą zmierzaliśmy w stronę wietnamskiej granicy...

Tylko akurat pech chciał, że popsuł nam się autobus. Olej wyciekał z silnika i dalej jechać się nie dało. Po pewnym czasie oczekiwania, jak na Laos to chyba nie szczególnie długim, bo pewnie około pół godzinnym, zabrał nas inny bus a właściwie minivan jadący do Wietnamu. A jednak nasz autobusowy złodziej - kierowca nie był jedynym jeżdżącym na tej trasie. No w każdym razie. Minivan był fenomenalny. Pod każdą górkę, a było ich całe mnóstwo jechał z prędkością 20 km/h, poza tym był tak zapakowany, że drzwi z tyłu nie zamykały się i chłopaczek (Anglik, ale straszny chłopek roztropek), który siedział na ich wysokości musiał się przez całą drogę porządnie trzymać, żeby przez te otwarte drzwi nie wypaść.

Po drodze mieliśmy okazję zauważyć jak pracuje policja w Laosie. Więc jechaliśmy sobie drogą i widzimy z daleka siedzi pan policjant. Widząc nadjeżdżający samochód wstaje, macha na kierowcę, aby się zatrzymał i zmierza  w stronę okienka kierowcy. Podchodząc nie zdążył dobrze zasalutować, jak w kieszonce jego munduru znalazł się pieniążek, który sprawił, że pan policjant się uśmiechnął i nie miał nic przeciwko naszej dalszej drodze...

Jadąc dalej spotkaliśmy jeszcze jeden posterunek. Ty razem trzeba było zjechać na bok,  kierowca wziął wszystkie dokumenty i to w nie zostały włożone banknoty, które umożliwiły dalszą jazdę, choć chyba było ich za mało, bo kontrola potrwała dobre 20 minut. Tak więc pracuje drogówka w Laosie.


Popołudniem dotarliśmy do Kon Tum. Zamierzaliśmy spędzić w nim 2 noce choć tak naprawdę o mieście niewiele pisało w przewodniku. Mieliśmy takie dziwne wrażenie, że w końcu wróciliśmy do świata i do cywilizacji. Było nam jakoś wyjątkowo dobrze: w końcu można się było napić pysznej kawy, na jedzenie nie trzeba było polować a ludzie mówili po angielsku...


Zakwaterowaliśmy się w hotelu niedaleko dworca autokarowego - względnie daleko od centrum, ale za to hotel przyjemny i niezbyt drogi, bo 200.000 vnd.


Zrobiliśmy rundkę do centrum, rozpoznaliśmy teren a na kolejny dzień zaplanowaliśmy rowerową przejażdżkę po okolicy.

To jednak nie takie proste, bo w Kon Tum właściwie nie ma wypożyczalni rowerów. Z motorami z resztą też ciężko. Nie ma też agencji turystycznych, w których można o nie pytać. W końcu jednak znaleźliśmy jedyną w mieście agencję turystyczną, która niestety była zamknięta. Udało nam się jednak dowiedzieć, że rowery można wypożyczyć w Family Hotel i szczęśliwym trafem ten hotel mieliśmy zaznaczony na mapie. Udało więc się znaleźć hotel a nawet wypożyczyć rowery. Jakoś ich - no cóż - jak większości w Wietnamie. Lekko rozklekotane rowery miejskie z działającym jednym hamulcem. Ale ok. W hotelu kupiliśmy też mapkę Kon Tum i ruszyliśmy w drogę.

Wybraliśmy się zobaczyć domy plemienne służące mniejszościom etnicznym za miejsca spotkań. Rzucają się w oczy już daleka swoją ciekawą budową. Większość z nich w ciągu dnia była pusta za to wszystkie wyglądały niemalże identycznie.




Wybraliśmy się też pooglądać widoki bardziej poza miastem. Miały być piękne i w ogóle. Ale upał był jednak tak nie miłosierny, że szybko zawróciliśmy, by schować się w chłodzie. Ale co zobaczyliśmy to nasze :)







 

Wyszliśmy dopiero popołudniem. Pojechaliśmy oddać rowery i coś zjeść. Miasto okazało się całkiem przyjemne także wieczorem.




Na popołudnie dnia następnego mieliśmy kupione bilety na nocny autobus do Da Lat. Z rana więc ruszyliśmy jeszcze na rundkę po mieście.





Zahaczyliśmy o pałac biskupi,





katedrę Kon Tum, którą szczególnie upodobały sobie mniejszości etniczne, co widać po przystrojeniu kościoła,







i o same wioski mniejszości, które wyglądały dość zwyczajnie. Jedynie dzieci zdawały się tam bardziej zaniedbane i brudne.






Dotarliśmy także do Muzeum Kon Tum.


To warte jest większej uwagi. Prezentowało galerię zdjęć Kon Tum jeszcze z czasów II wojny indochińskiej,







a także bardzo dobrze opracowane teksty wraz z eksponatami odnośnie mniejszości etnicznych terenu Kon Tum i ich życia. Do muzeum wrócimy jednak jeszcze przy innej okazji.





 Nie bylibyśmy oczywiście sobą, gdybyśmy wracając do hotelu ni zaglądnęli do małej świątynki ukrytej w bocznej uliczce...










Wymeldowaliśmy się z hotelu i resztę dnia spędziliśmy kawkując w kawiarnianym cieniu.
1 komentarz