praga

praga

sobota, 23 października 2010

Norweski dziennik namiotowy. Dzień 16

Rano obudziliśmy się wcześnie, by pójść się wykąpać w lodowatym, fjordzie póki ludzie jeszcze spali.Niestety woda była mętna od różnych farfocli, ale cóż zrobić- potrzeba odświeżenia była zdecydowanie silniejsza. Później chwila na ogrzanie, śniadanie i wycieczka do centrum.

Autobus miejski kosztował nas po 30Nok, ale za to w miarę szybko znaleźliśmy się w centrum, co na nogach zajęłoby nam chyba pół dnia. Tam poszliśmy na dworzec kolejowy i zostawiliśmy w skrytce nasze bagaże (40Nok).

Udaliśmy się zwiedzać miasto. Rozpustnie kupiliśmy cole za 9,5 Nok i poszliśmy do IT po mapki i potrzebne informacje. Kupiliśmy też po dwie kartki i znaczki, by wysłać do domów (88Nok) i poszliśmy do katedry, w której skusiliśmy na kompleksowe zwiedzanie z biletami "all in one" (po 100Nok).









Zwiedziliśmy regalia królewskie- ładne i ciekawe, muzeum- dla nas kiepski i katedrę, w której byliśmy także na wieży i w krypcie.



Katedra Nidarosmen w Trondheim to miejsce, które w średniowieczu było w średniowieczu miejscem pielgrzymkowym konkurencyjnym z Rzymem. Potęga katedry Nidaros naprawdę zadziwia.





Po zwiedzaniu, czyli jakiś 3 godzinach udaliśmy się pozwiedzać miasto.







Zrobiliśmy też zakupy: campigas (99Nok) oraz mapę Parku Narodowego Dovrefjell, do którego się wybieraliśmy ( 139Nok). Zrobiliśmy też spore zakupy żywnościowe, z racji tego, że wybieraliśmy się w góry: salami(95Nok), ser żółty ( 90Nok), fasolka x2(9Nok), czekolada Noteskjo (9Nok), mięso mielone na "kebab" (40Nok) i chleb (14Nok).


Odwiedziliśmy raz jeszcze IT, żeby zapytać jak wydostać się z miasta i otrzymaliśmy szczegółowe informacje.

Za bilety wyjazdowe z miasta zapłaciliśmy raz jeszcze po 30Nok.Pełna uznania jestem dla Norwegów, że zarówno ich starsze pokolenie jak i młode płynnie mówią po angielsku.

PO dotarciu do Syd City, czyli ostatniej stacji naszego autobusu, zaczęliśmy szukać miejsca na nocleg. I znaleźliśmy gdzieś obok ścieżki wiodącej między lasem a łąką, całkiem cichym i spokojnym miejscu.

Norweski dziennik namiotowy. Dzień 15

Poranne zbieranie,



uzupełnianie wody, zakupy- chleb (14Nok). Miejsce, w którym byliśmy się rozbici zebrało spływającą po deszczu górską wodę i niestety każdy krok powodował zanurzenie buta w mchu i wodzie. Ale jak się ma silnego mężczyznę to nie jest to problemem i przechodzi się suchą nogą ;)

Po drugiej stronie drogi była zatoczka na której ustawiliśmy się. Na pierwszego stopa czekaliśmy 40 minut i zatrzymał się dla nas Chińczyk ze Szwecji- ciekawy miks. Podwiózł nas 40km i znowu godzina czekania. 4 kilometry dalej i 1,5 godziny czekania.5 minut i 40 kilometrów i na sam koniec dnia rewelacyjny stop. Zatrzymała się dla nas młoda para Rosjan.Ku naszemu zaskoczeniu i radości jechali oni do samiuśkiego Trondheim - więc plan, który wydawał się nierealny do osiągnięcia - spełnił się.

Z Rosjanami rozmawialiśmy na przeróżne tematy: polityczne, życiowe, o tragedii katyńskiej, o Norwegii, o Rosji i Polsce - ich relacjach i różnicach między nimi... Generalnie tematów do rozmów było mnóstwo a atmosfera jaka się wytworzyła naprawdę życzliwa.Po drodze zatrzymaliśmy się na jedzenie i fotografię, gdyż Rosjanie uwielbiali fotografować.





Jedno z ciekawszych i mądrzejszych stwierdzeń jakie padło podczas wspólnej podróży, brzmiało mniej więcej tak: " jeśli chcesz, aby ktoś na nowo zaczął cieszyć się życiem, musisz zabrać mu coś co jest dla niego bardzo ważne. Kiedy oddasz mu to po jakimś czasie będzie jednym z najszczęśliwszych ludzi." Ja się pod tym podpisuje- Ty się nad tym zastanów, warto.

Z Rosjanami na tyle się polubiliśmy, że zaproponowali nam nawet wspólny nocleg w dormitorium w hostelu, my jednak zostaliśmy wierni naszemu namiotowi. Abyśmy nie zostali na pastwę losu, znaleźli dla nas w nawigacji jakąś uliczkę na obrzeżach miasta i przy fjordzie gdzie mieliśmy trochę miejsca, by się rozbić. Dookoła huczał wiatr, jednak za gęstymi drzewami, gdzie ustawiliśmy nasz namiot była zupełna cisza...

piątek, 22 października 2010

Norweski dziennik namiotowy. Dzień 14

Ranek w Fauske niczym nas nie zaskoczył. Wstaliśmy tego dnia wcześniej niż zwykle, by załapać się na poranny ruch na drodze.I opłaciło się.

Pierwszego stopa złapaliśmy po 30min. Zatrzymała się dla nas jakaś pani z tatuażem i podwiozła jakieś 30km. Jak to zwykle bywało wysadziła nas w miejscu kiepskim- brak ograniczenia prędkości i wąskie pobocze, ale po godzinie zatrzymała się dla nas para niemiecka i podwiozła do Strofjord.

W Strofjord zwiedziliśmy Centrum Parków Narodowych na terenie Nordland. Oglądnęliśmy wystawy, liczne eksponaty, zaopatrzyliśmy się w mapki i ruszyliśmy dalej w drogę. Niestety zaczęło padać a na stopa czekaliśmy 45 min. Na szczęście zatrzymał się małomówny, długowłosy Norweg i podwiózł nas do krzyżówki z drogą prowadzącą na lodowiec.





Chroniąc się od deszczu na tyłach jakiegoś supermarketu zjedliśmy kanapkowy obiad i przejrzeliśmy dokładnie mapę.Kiedy przestało padać ruszyliśmy w stronę lodowca. Czekało nas 25km drogi po której bardzo rzadko cokolwiek jeździło.

Jednak szczęście uśmiechnęło się do nas po raz kolejny i ledwo zaczęliśmy iść na drogę wjechał samochód i co lepsze zatrzymał się dla nas. To nie był koniec uśmiechów szczęścia tego dnia. Człowiek ten był tak miły, że nadłożył 15km i zawiózł nas na sam parking pod lodowcem Svartizen. Co więcej kapitan łodzi płynącej do lodowca zauważył nas i poczekał na nas, tak więc zdążyliśmy na ostatnią łódź tego dnia. Koszt 120Nok za osobę, ale warto.





Po dotarciu do brzegu zostawiliśmy bagaże w budce w której czeka się na łódkę. Jak dla mnie to fenomen Norwegii, że można zostawić bagaże i pójść na jakiś czas a kiedy się przychodzi one stoją nietknięte z pełną zawartością.

Droga do lodowca to około 3km.Ścieżka generalnie kończy się sporo przed lodowcem,





ale jest możliwe, choć nie wiem czy legalne, żeby podejść pod sam lodowiec- i tak też zrobiliśmy.Piękny to widok takiego błękitnego lodu- jak nigdzie, takiego koloru jeszcze w życiu na własne oczy nie widziałam, ogrom lodowca a właściwie tylko jego jęzora,świeżo ukruszonej kry na wodzie i w ogóle całej tej górskiej otoczki. Naprawdę niesamowite.























Po dopłynięciu ruszyliśmy na parking, by popytać kierowców - zaledwie kilku samochodów czy nie znalazłoby się dla nas miejsce. Tak niezbyt chętnie, ale jednak, zabrała nas czeska rodzinka i dowiozła do Moi Rany. I w ten sposób plan na ten dzień wykonany sporo ponad normę.

W drodze do poszukiwania miejsca na namiot zahaczyliśmy o Rema 1000 niby po chleb.Jednak o tej porze w sklepach nie ma zbyt wielkiego wyboru w pieczywie i zostają tylko te drogie chleby. Więc chleba nie kupiliśmy, ale za to znaleźliśmy sałatkę ziemniaczaną za 11Nok.

Nocleg znalazł się dla nas w krzakach przy drodze E6 wylatującej z Moi Rana a sałatka ziemniaczana może nie była jakimś szczególnym rarytasem, ale była całkiem smaczną odmianą w naszym jadłospisie.

Norweski dziennik namiotowy. Dzień 13

Jednak miejsce na wzgórzu okazało się nie najlepsze. W nocy zerwał się bardzo silny wiatr i duł prosto w jedną ze ścian namiotu, pod czym ściana zginała się. Dodatkowo zaczął padać deszcz a całe leśne wzgórze, na którym się rozbiliśmy, było porośnięte głębokim mchem tak więc rano przypuszczalnie zapadalibyśmy się w mokrym mchu po łydki. Trochę więc spanikowałam i zarządziłam ewakuację ze wzgórza. Biedny wyrwany ze snu Krzysiek nie do końca wiedział co się dzieje, ale taki na pół śpiący pomógł mi spakować plecaki i znieśliśmy namiot w miejsce może nie tak malownicze, ale za to całkiem spokojne. I jak już położyliśmy się to słyszałam jak wiatr wzmaga się i śmiga przez pobliskie wzgórze i byłam naprawdę szczęśliwa, że już nas tam nie ma.
Rano zebraliśmy się i ustawiliśmy się w miejscu gdzie wysadził nas starszy wiking.

Po 1,5h zabrała nas para Australijczyków, którzy stwierdzili, że Polacy i Czesi lubią przygodę bardziej niż inne narody, bo podróżując ludzie których biorą na stopa są właściwie tylko z tych państw. A ja tak myślę, że ludzie z tych państw owszem lubią przygodę, ale głównym powodem wyboru ich trybu podróży raczej są finanse, które nie pozwalają im na inny sposób podróżowania, ale tego już Australijczykom nie tłumaczyliśmy. Wysadzili nas w Baqllangen.

W Ballangen w Rema 1000 uzupełniliśmy zapasy żywnościowe:
fasolka w sosie pomidorowym x2 (9Nok)+ przepyszna wręcz ją uwielbiałam,



dżem malinowy (14Nok) i ser (52Nok=.



Po zakupach stop na którego czekaliśmy jakieś 2h. Na szczęście starszy pan, który nas zabrał jechał do Fauske – miejsca które obraliśmy za minimalny punkt docelowy dnia. Starszy pan potraktował nas jako swoich gości i zafundował nam przeprawę promem, dzięki czemu zaoszczędziliśmy jakieś 100Nok.

W Fauske znaleźliśmy niezbyt malowniczy nocleg, bo na obrzeżach terenu jakiejś firmy, ale w miasteczkach ciężko znaleźć jakiś fajny nocleg.

poniedziałek, 18 października 2010

Norweski dziennik namiotowy. Dzień 12

W nocy obok naszego namiotu rozbili się 2 goście, co się okazało- Polacy. Stwierdzili, ze mają za dużo bagażu, a dokładniej słodyczy. Dostaliśmy więc dwa opakowania norweskich czekoladek marcepanowych.

Po śniadaniu nasz ulubiony stop.









Tego dnia celem był Narvik i udało się do niego dostać dość szybko. W mieście udaliśmy się do informacji turystycznej po mapki i przewodniki. Zostawiliśmy też do naładowania baterie do aparatu, telefon i bagaże w biurze. Wolni od ciężaru ruszyliśmy w miasto.





Odwiedziliśmy muzeum wojenne (2x40Nok). Było bardzo bogate w eksponaty, ale jak dla mnie średnio ciekawe w przekazie. Nawet był wydrukowany przewodnik po Polsku z racji tego, że Polacy brali udział w bitwie o Narvik, ale kilkanaście stron drobnego maczku średnio zachęcało do czytania.









Z racji niedzieli stwierdziliśmy, że zrobimy sobie święto i wybierzemy się gdzieś na dobrą kawę. I tak oto znaleźliśmy się w kebabie usytuowanym w samiuśkim centrum miasta. Kebab był oszklonym, stylowanym na norweską prawie kawiarenkę miejscem z którego można było obserwować powolne, niedzielne życie miasta.



Po kawie ruszyliśmy na spacer po mieście. Pospacerowaliśmy małymi uliczkami i wyszliśmy na jeden z punktów widokowych, z którego roztaczał się widok na miasto i okolicę.







Po spacerze zabraliśmy bagaże z IT i usiedliśmy na niewielkim placu w centrum miasta, na którym spędziliśmy jakieś 1,5godziny objadając się kanapkami i studiując mapę.
Na 19 poszliśmy do kościoła. To ciekawe odczucie kiedy w kościele jest 9 osób: 5 Polaków, 3 murzynów i ksiądz.

Tego dnia pozostało nam jeszcze wydostanie się z miasta. Niestety na wyjeździe z miasta był tunel, którego pieszo można było ominąć, ale tylko okrężną drogą. Nie mogąc nic złapać ruszyliśmy więc tą właśnie okrężną drogą. I tam na od czasu do czasu jadące samochody również machaliśmy i w ten sposób zatrzymał się dla nas starszy wiking. Podwiózł nas jakieś 25km i przejechał specjalnie kilka kilometrów dalej byśmy mieli dobre miejsce do łapania stopa a jak wysiadaliśmy to jeszcze dostaliśmy po puszce pepsi max :)

Ta niedziela była jednak w pełni rozpustna- marcepanowe czekoladki, kawa, pepsi…
Miejsce na nocleg znaleźliśmy na wzgórzu w lesie. Pełno było tam komarów, ale widok miedzy drzewami był piękny ocean, góry i przebijające się przez chmury słońce…