praga

praga

poniedziałek, 23 maja 2011

grunt to dobre studia ;) Czrorsztyn i okolice.

Nie ma to jak uczelnia bierze na wycieczkę, płaci za nią i jeszcze po drodze zatrzymuje się żeby można pójść na piwo czy kawę... :)

Podziwiam małopolskę, że działa, że ma ludzi którzy są kreatywni i myślą, kombinują jak ściągnąć turystów, jak ich zatrzymać w regionie i jak ich zadowolić a jednocześnie zadowolić siebie.

Szkoda, że na podkarpaciu ludziom brakuje odwagi do kreatywności i działania, bo równie wiele ma do zaoferowania jak małopolska.
Może kiedyś to się zmieni...

Kilka porannych zdjęć z Czorsztyna:









poniedziałek, 16 maja 2011

stokroć bardziej wyjątkowy Lwów.

Z pełną świadomością obrażę wszystkich zagorzałych fanów Krakowa swoim stwierdzeniem, że Lwów jest starszy, piękniejszym i bardziej autentyczny, co decyduje o jego wyjątkowości i magi…

Spędziliśmy we Lwowie 3dni z małym haczykiem i już na początku tego co pisze, zapewnić mogę, że na pewno tam wrócimy.

Do Lwowa wyruszyliśmy autobusem w piątek wieczorem o 21.30 z dworca zachodniego. Oczywiście bilety w cenie 90zł trzeba wcześniej wykupić, bo przy okazji wszelkiego rodzaju świąt kursy mają 100% obłożenia. Niestety można wykupić bilety tylko w jedną stronę.

Po bardzo szybkim poświątecznym tygodniu, w podróży znalazł się czas na długie nasze nocne rozmowy i plany, chwilę odpoczynku i tak oto znaleźliśmy się we Lwowie :)
Na głównym dworcu autobusowym od razu poszliśmy do kas, by kupić bilety powrotne. Kiedy jednak zobaczyliśmy gigantyczną kolejkę szybko przemyśleliśmy sprawę i zdecydowaliśmy się, że pojedziemy powrotem pociągiem z Przemyśla.

Udaliśmy się więc na trolejbus numer 5, który jechał do centrum. Rewelacyjny jest klimat ukraińskiej komunikacji: bilet się kupuje, ale często nie dostaje. Jeśli kierowca nie ma wydać reszty to się siada bez niej i jeśli ją w końcu ma to wędruje ona niekiedy przez cały autobus i co ciekawe nigdy nic z niej nie zginie- co więcej zawsze trafi do właściwego adresata. Babcie w tramwajach, te polskiego pochodzenia, zaczepiają młodych i opowiadają o sobie o mieście o czym się da. I w tym klimacie snują się wolno starymi uliczkami Lwowa autobusy, tramwaje i trolejbusy tak jakby zupełnie nikomu się nie śpieszyło…





Wysiedliśmy na ostatnim przystanku i udaliśmy się w stronę ulicy Halyts’kiej. Na niej udało nam się znaleźć nocleg.
We Lwowie jest bardzo dużo Polaków, tych starszej daty i u jednego z nich właśnie mieliśmy zarezerwowany nocleg.



Kiedy dotarliśmy na miejsce przywitał nas miły starszy Pan i zaczął prowadzić przez pokoje mieszkania, oczywiście w kamienicy. Ciekawe wrażenie robią kolejne drzwi do kolejnych pokoi kiedy tak się mija pokój jeden, drugi, trzeci… W efekcie dotarliśmy do ostatniego pokoju, na szczęście nieprzechodniego, który mieliśmy na naszą wyłączność.

Pokój jak pokój. Stary ukraiński. Z fotelami, stolikami, łóżkiem, starymi szafami z zastawami, piecem kaflowym… Jedyne co do pokoju nie pasowało to nowy telewizor z dvd. Ale żeby nie było- w naszej rezerwacji nie było życzenia o pokój z TV i dvd ;)
Ogólnie całe mieszkanie składa się z korytarza przy wejściu, kuchni, łazienki, toalety i 4 pokoi z czego jeden zajmuje właściciel. W sumie w mieszkaniu jest miejsce (na wersalkach 2 osobowych) dla bodajże 13 osób. W wersji mini czyli osoba na wersalkę wchodzi 7 osób. Jest to więc dobry nocleg nawet dla większej grupy osób.
Wiele pytań budzą zawsze kwestie sanitarne ukraińskich mieszkań. Więc jeśli o to chodzi to w klasie ukraińskiej to mieszkanie ma standard dobry. Woda jest cały dzień- także ciepła, trzeba tylko poprosić właściciela by odpalił piecyk, a toaleta ma nawet spłuczkę – z bieżącą wodą. Tak więc nie ma powodów do narzekań.

Jeśli chodzi o koszt za nocleg to wynosi on: 30zł lub 8$. W zależności od kursu można wybrać bardziej opłacalną opcję. Warto być przygotowanym na opłacenie noclegu zaraz po przyjeździe z góry za cały pobyt, przynajmniej w naszym wypadku taką formę preferował właściciel.
Po zadomowieniu się w pokoju ruszyliśmy w miasto. Pierwszym przystankiem był parasol Lvivskie, pod którym zatrzymaliśmy się, by zaplanować dzień.



Po obmyśleniu planu zwiedzania ruszyliśmy w stronę wzgórza zamkowego. Tam znajduje się kopiec z którego można podziwiać panoramę miasta.



I tam wychodzi trochę prawdy o Lwowie, że niestety nie całe miasto to stare klimatyczne kamienice- obrzeża miasta to jedno wielkie blokowisko.










Po zejściu z góry zamkowej udaliśmy się coś zjeść.



W drodze weszliśmy w bazar spożywczy w centrum miasta. Jest tam hala spożywcza gdzie można kupić wszelkiego rodzaju mięsa, smalczyki, kasze, makarony, słodycze itd.. Jest to miejsce gdzie czas zdecydowanie zatrzymał się kilkadziesiąt lat wcześniej a marketing jest pojęciem zupełnie abstrakcyjnym. Jest to ciekawa podróż w przeszłość- zdecydowanie polecam :)







U wyjścia z drugiej strony nie mniej urokliwe widoki: babuszki sprzedające co koło domu rosło czy biegało...





Jest taka jakby sieciowa restauracja z ukraińskim jedzeniem, albo po prostu mają kilka punktów w mieście. Nazwa jest krótka coś typu „MFB” czy jakoś tak. W środku klimat całkiem miły a jedzonko całkiem smaczne. Za piel mieni z grzybami i mięsem oraz napoje zapłaciliśmy niewiele, bo zaledwie 40hr.






Po obiadku dały nam się trochę we znaki nocne rozmowy i niewyspanie więc udaliśmy się na krótką drzemkę przed czekającymi nas wieczornymi atrakcjami.

Na 18 mieliśmy bilety do opery lwowskiej na balet „Don Quichotte”. Właściwie to mieliśmy je tylko dzięki wytrwałości i sile perswazji kochanej Urbanki, bo to ona niestrudzenie kilkakrotnie chodziła do opery za nimi a gdy okazało się, że biletów dla nas nie ma dyskutowała z kasjerkami i wywalczyła dla nas 2 bilety…



Tak że dzięki niej mieliśmy okazję się trochę odchamić i zakosztować wysokiej sztuki ;)







Sam budynek opery w środku jest przepiękny. Marmury, lustra, złocenia, światła… Wszystko wygląda pięknie i tworzy lekko patetyczny nastrój. Ale czasem naprawdę miło znaleźć się w takim miejscu.















Sam balet piękny. To w jaki sposób poruszają się tancerze, z jaką gracją, zwinnością, precyzją i delikatnością ruchów prezentują sztukę budzi najwyższy podziw. Poza tym barwne stroje, muzyka i sama historia wciągają bez reszty.
Jedyną przykrość jaka może nas spotkać w operze to Polacy- zupełnie nie umiejący się zachować. Polacy w dżinsach i adidasach, rozmawiający kiedy przewodnik ich ucisza i robiący serię zdjęć z fleszem podczas trwania spektaklu… Myślę komentarza nie potrzeba.




Po 3 godzinach w operze trochę zgłodnieliśmy więc w tamach kosztowania kuchni narodowej zagościliśmy w McDonaldzie po cheeseburgery i placuszki z kurczaka. Ceny właściwie jak w Polsce.

Zrobiliśmy też zakupy na wieczór. Specjalnością do piwa na Ukrainie są, właściwie importowane z Rosji, suszone rybki i owoce morza. Wśród nich każdy znajdzie jakieś wyjątkowe dla siebie, które będzie mógł memłać przez cały wieczór ;) Ich cena to ok. 7hr za opakowanie.






Dzień drugi naszego wyjazdu to niedziela. To dzień beatyfikacji Jana Pawła II. W katedrze katolickiej, znajdującej się przy ulicy Halytskiej, od samego rana trwały przygotowania telebimów i telewizorów rozstawionych po całej katedrze i jej otoczeniu. Oczywiście poza transmisją była także normalny porządek mszy w przewadze polskojęzycznych.

Po mszy wybraliśmy się do muzeum historii. Mieści się ono w Rynku Głównym a dokładniej w Czarnej Kamienicy.



Wstęp to 5hr. Można tam znaleźć kilka perełek które zaciekawią, szczególnie jeśli ktoś interesuje się kwestiami wojen i ich polityki. Eksponaty jednak są poukładane niezbyt tematycznie i wszystkie opisane po ukraińsku, tak więc bez znajomości cyrulicy i przynajmniej podstaw rosyjskiego bądź ukraińskiego niewiele można się dowiedzieć.
Po muzeum klucząc po rynku i różnych zaułkach starego miasta poszliśmy na kawę.





















Szukając jakiegoś miejsca dla siebie dotarliśmy do Restauracji „Nostalgia”. Tam po krótkich zawirowaniach związanych z dogadywaniem się wypiliśmy kawki i poprawiliśmy nastroje deserami lodowymi.





Kiedy skończyliśmy deszcz akurat przestał padać. Korzystając z niedzieli i z tego, że w związku z tym kościoły i cerkwie są otwarte zrobiliśmy sobie wycieczkę po cerkwiach Lwowa, a tych jest tam sporo…
Katedra GPrzeobrażenia





Cerkiew Świętego Piotra i Pawła





Cerkiwe Uspjenia

























Cerkiew Wszystkich Świętych







Cerkiew Baptystów



Monastyr świętego Onufrego





Cerkiew Świętego Mikołaja











Cerkiew greko katolicka świętego Andrzeja









To co zadziwia nas w cerkwiach to ich bogactwo, ale nie przepych. Mnóstwo w nich złoceń, świecących się lampek, pięknych kolorowych ikon z serwetami… I atmosfera, którą niestety ciężko opisać. Ale kiedy wchodzi się do cerkwi czuć w niej coś wyjątkowego - atmosferę sakrum, dym kadzideł, pomruki modlitwy. Czuć, że ludzie którzy się w niej gromadzą faktycznie wierzą, modlą się i kontemplują. Ci ludzie są szczerzy w swojej wierze.

Nikt nie wstydzi się tam pocałować ikony na ołtarzu, nie wstydzi się stać i modlić wśród tłumu zwiedzających ani tym bardziej po trzykroć czynić znak krzyża przy wyjściu czy wejściu, jak mają to w zwyczaju prawosławni.

Co więcej ciekawym doświadczeniem jest kiedy idzie się ulicą i obok idą dajmy na to dwie młode dziewczyny, które w Polsce widząc nazwalibyśmy niezbyt pochlebnie i mijając drzwi kościoła zatrzymują się i po trzykroć czynią znak krzyża i idą dalej… Jest to wymowne przynajmniej dla mnie. Pachnie mi to taką szczerością, autentycznością i prostotą serca, która w polskich katolikach gdzieś się jakoś zawieruszyła…

W jednej z cerkwi Krzysiek wypatrzył swoją wymarzoną ikonę świętego Mikołaja Cudotwórcy, który jest jednym z bardzo znanych i czczonych świętych w prawosławiu.

Oczywiście poruszając się od cerkwi do cerkwi bacznie obserwowaliśmy każdy zaułek. Ja lubowałam się szczególnie w zaglądaniu w bramy prowadzące do dziedzińca wewnętrznego kamienic. W kilku z nich znalazłam naprawdę ciekawe i oryginalne widoki.











Kiedy zgłodnieliśmy zaczęliśmy poszukiwać smaku dnia. Strzałem w dziesiątkę okazała się kurczakowania, w której dostaliśmy pysznego kurczaka, frytki i surówki. Z racji tego, że była to knajpa, a ruch w porze obiadowej duży, usadzono nas przy stoliku z jakimś mężczyzną a kiedy on poszedł dosadzono do nas jakieś ukraińskie małżeństwo. Można się było poczuć naprawdę swojsko.



Po południu kiedy pozamykali nam już wszystkie muzea krążyliśmy po mieście delektując się ukraińskim klimatem.






Dotarliśmy do Uniwersytetu Lwowskiego









naprzeciw którego stoi pomnik Ivana Franki



a za którym rozciąga się park jego imienia, do Politechniki Lwowskiej





i jakimiś zakamarkami do Cyrku.


Po drodze na chodniku zauważyliśmy rzecz rodem z bajki „wilk i zając”: automat z wodą sodową :D


Tego wieczoru do chrupania zamiast rybek wypróbowaliśmy inny smakołyk ukraiński mianowicie sucharki o różnych smakach. Jest to całkiem ciekawa alternatywa do chipsów.




Na trzeci dzień zaplanowaliśmy wizytę na cmentarzu Łyczakowskim. Można tam dojechać tramwajami, my jednak udaliśmy się na piechotę. Bilety wstępu na cmentarz kosztują 5hr 10hr i 5hr za fotografowanie.





Niestety bez przewodnika- jego opowieści o rodzinach pochowanych na cmentarzu, różnych ludzkich historiach raczej ciężko poruszać się z zainteresowaniem po całym cmentarzu. Trafiliśmy więc tylko na groby Gabrieli Zapolskiej



i Marii Konopnickiej.



Głównym celem na cmentarzu był ten Orląt Lwowskich. Tam doczepiliśmy się do grupy i trochę popodsłuchiwaliśmy na temat historii.







Cały cmentarz jest wielki. Jego zieleń przeplatają monumentalne grobowce, strzeliste kapliczki i zamszałe groby. Wiele z tych grobów to mogiły Polaków, mieszkających przecież przed laty na tamtych terenach.


Po powrocie do centrum odnaleźliśmy informację turystyczną, w której chcieliśmy zasięgnąć informacji w kilku kwestiach. Mieści się ona na rynku głównym w budynku ratusza, na bocznej jego ścianie. Dostaliśmy tam mapkę ze wszystkimi możliwymi obiektami i wystawami do zwiedzenia- tak więc warto tam zajrzeć na samym początku pobytu, może to ułatwić poruszanie się po mieście i odwiedzenie najbardziej preferowanych miejsc.

Z informacji udaliśmy się prosto na wieżę ratuszową.




Jest ona punktem zdecydowanie wartym odwiedzenia. Widać z niej jak na dłoni całe stare miasto. Nie był to jednak punkt, z którego najbardziej chciałam zrobić zdjęcia.















Miejscem tym był Bar „Panorama”, który mieści się na 9 piętrze Hotelu Dniestr. I to do niego tego dnia wybraliśmy się na kawę :) Z racji tego, że jest to hotel *** gwiazdkowy ceny powiedzmy polskie. Nie mniej widok jak dla mnie piękny, bo o ile z wieży ratusza ciężko ująć całe stare miasto a właściwie jest to niemożliwe, bo wieża jest w jego centrum, to z baru panorama można to zrobić spokojnie. No mogli by mieć tylko trochę czystsze szyby, ale widać nie można mieć wszystkiego…










Na ten dzień zostawiliśmy też sobie odwiedzenie katedry prawosławnej świętego Jury. Katedra robi wrażenie zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz, szczególnie swoim wyposażeniem. Można by rzec, że w katedrze sama ekstraklasa świętych: relikwie św. Judy Tadeusza, św. Mikołaja, Szymona Piotra i kilku innych dobrze rozpoznawanych świętych.






















Chcieliśmy też tego dnia dostać się do Muzeum Browaru Lvivskie, ale tego Dia były wpuszczone tylko 3 grupy i my na nie się nie załapaliśmy. Jedyne co to Krzysiek kupi sobie pamiątkową ukraińską koszulkę.






Wracając znaleźliśmy coś czego u nas nie widać tak bardzo. Drinki w puszce. Na wieczór były w sam raz.



Obiad tego dnia zjedliśmy w polecanym przez przewodnik bezdroża lokalu o nazwie „U Pani Stefy”. Znajduje się on przy prospekcie swobody nieopodal pomnika Mickiewicza.







Serwują tam dania kuchni ukraińskiej a nawet bardziej szczegółowo to huculskiej. Co prawda karta menu jest mocno nieprecyzyjna i zamawiając danie główne można je otrzymać w postaci zupy a dodatkowe ziemniaki do rzekomej piecieniny mogą okazać się niepotrzebne, ale najważniejsze, że jedzonko bardzo smaczne i faktycznie przynajmniej dla nas były to nowe wcześniej nie spotkane smaki.






Po obiadku „u Pani Stefy wybraliśmy się jeszcze zobaczyć katedrę ormiańską
















i kaplicę Boimów, która niestety była zamknięta


i tego też dnia nadszedł czas na jedną z przyjemniejszych kwestii podczas wyjazdów, czyli czas na zakupy souvenirów :)
Krzysiek kupił sobie szalik Szaktara Donsk i wspomnianą ikonę św. Mikołaja



i koszulkę



ja natomiast szkatułkę na moje skarby



i najładniejszą filiżankę jaką znalazłam we Lwowie :)


Poza tym oczywiście zrobiliśmy zgodne z limitem przewozowym zakupy % - podarek dla taty,



i zaopatrzenie na wymyślony przez nas wieczorek ukraiński ze znajomymi. Po za tym wykupiliśmy większość krówek ze sklepu obok naszej kamienicy, ale smakują bosko i nie żałuję ani trochę że trzeba je było później tachać do warszawy z resztą z całą resztą misternie poukładanych i poowijanych w torbie butelek…
Ranek ostatniego dnia to tylko msza i zwiedzanie katedry katolickiej.












Później w obawie, że nie zdążymy na popołudniowy pociąg z Przemyśla spakowaliśmy manatki i ruszyliśmy w drogę. Niestety nie było to takie proste.

W tramwaju na dworzec dopadła nas kontrola biletów :D Bilety owszem mieliśmy kupione tyle, że ja miałam studencki- jak się okazało na który nie mam uprawnień. Tak więc przyszło nam zapłacić karę 20hr, dostałam kwiteczek, że karę zapłaciłam po czym po 2 min skubnęłam się, że maszynistka sprzedała mi 2bilety, które w sumie dawały jeden cały więc kary płacić nie powinnam. Ale jeśli moja zapłacona kara ma przyczynić się do poprawienia stanu taboru komunikacji miejskiej Lwowa to wcale nie żałuję, że ją zapłaciłam ;)

Przygód nie koniec. Do autobusu na granice kosmiczna kolejka z wątłą nadzieją, że na następnego busa w ogóle uda się załapać. Debatując więc co robić i rozglądając się w stronę taksówkarzy podeszli do nas dwaj Polacy chętni żeby zabrać się taksówką razem z nami, co by obciąć koszty. I tak chwilę później już przemierzaliśmy Lwów w stronę wylotu. Taksówka na granicę kosztowała nas po 30zł na głowę, ale dzięki temu po 2 godzinach znaleźliśmy się pod samą granicą. Dużym plusem było to, że dotarliśmy przed autobusem, który dowiózł jakiś czas później sporą liczbę osób do oczekującej do odprawy kolejki. Zanim przeprawiliśmy się przez granice minęły 2 godziny, ale dzięki temu była okazja porozmawiać z chłopakami, z którymi jechaliśmy na granicę z Lwowa. Okazało się, że są dziennikarzami specjalizującymi się w kwestiach krajów wschodnich. Właśnie wracali z Naddniestrza i dowiedzieliśmy się od nich trochę ciekawych rzeczy. Pozazdrościć takiej pracy- przecież takie podróże to czysta przyjemność a nie praca ;)

W odprawie nasze drogi się rozeszły i mam nadzieję, że załapali się na pociąg, który miał odjechać niewiele po ich odprawie. My natomiast busem z granicy dostaliśmy się do centrum. Tam zjedliśmy obiadek w przystacyjnym barze i nawet starczyło nam czasu na spacer, by zerknąć na Przemyśl z góry.

W pociągu jak rzadko się to zdarza tak trafiło się nam bardzo miłe towarzystwo wracające z majówki z różnych stron więc i od nich wiele ciekawych rzeczy się dowiedzieliśmy. Zainspirowali nas też do kolejnej podróży… Ale na nią jeszcze przyjdzie czas :)