praga

praga

wtorek, 29 stycznia 2013

Wietnamsko - laotańska pętla. Dzień 13 i 14 Ha Long Bay

Do Hanoi jechaliśmy 13 godzin. Prosto z Hanoi chcieliśmy jechać do Ha Long Bay, a że autobus wysadził nas w centrum, a dworzec, z którego odjeżdżały autobusy w tym kierunku - Gia Lan -znajdował się 7 km od tego miejsca, nie było innej opcji, jak dojechać tam taksówką. W ten sposób pół godziny siedzieliśmy w autobusie, który odjeżdża do Ha Long City. Oczywiście po uiszczeniu 120.000vnd.

Obserwując, jak wyglądają sprawy w autobusie z kasowaniem za bilety, to się trochę wkurzyłam za frycowe, jakie płacą turyści, bo Wietnamczyków kasowali po 50.000vnd... Zastanawiam się jednak, czy w ogóle jest opcja, żeby frycowego nie zapłacić. Mam wrażenie, że nie, bo jeśli nie pani w kasie, to pan przed wejściem do autobusu na pewno skasuje odpowiednio.

Mieliśmy wrażenie ze nasz autobus zatrzymuje się po drodze we wszystkich możliwych miejscach i zabiera wszystkie możliwe pakunki a co do tego jedzie przez wszystkie możliwe wsie. Ale być może to kwestia naszego zmęczenia  calonocna podróżą.

Po jakiś 4 godzinach autobus a wlasciwie PAN stiuard obslugujacy autobus wwysadzil nas przy dworcu.  Jak nas szybko poinformowali panowie taksowkarze  bylo do niego kawalrk drogi ale na szczęście wszyscy machali w jednym kierunku dzięki czemu bez wyciągania mapy wiedzieliśmy dokąd iść. I tak po 15 minutach marszu mogliśmy  rozglądać się za hotelem.

W mieście pusto, bo aktualnie jest tu zima. Hotele więc też. Pozwolilismy więc by przejść się po hotelavh i trochę powybrzydzac. Wtedy to wlasnie odkrylismy magię targowania :-)  i tak to wlasnie z ceny wywolawczej za pokój 350.000 dotarlismy do200.000 vnd.

 Miasto ogólnie nie ma nic ciekawego do zaoferowania poza zatoka. Problem wiec byl nawet ze zjedzeniem nobhiadu - na szczęście udfalo się upolować ryż z jakimś miechem.

Później poszlismy poszukać portu bo nasz hotel nie znajdowali się na nadbrzerzu. W rekomendowane agencji turystycznej rozeznalismy się w możliwościach i okazalo się że w zimie nie ma potrzeby by rezerwowa wycieczki- wystarczy przyjść pól godziny przed rejsem który każdego dnia startuje o godzinie 8. Mowa tu o 4 godzinnym rejsie w którego planie jest do zobaczenia oprócz samej zatoki jedna jaskinia. Koszt to 9$ (80.000 vnd wstęp do parku narodowego i 100.000 vnd za lodke)
Jest tez opcja wypożyczenia prywatnej lodki na 6 godzinny rejs i w programie jest bofajze dwie jaskinie i szczyt z widokiem na zatokę koszt24$.

Mimo ze w mieście nic nie ma a juz na pewno nie ma ludzi nie przeszkadza by ceny byly jak w sezonie. Nawet za kawę kasuja dobrze. ( dotychczasowy rekord 35.000vnd)

Niestety w autobusie nocny hm byla tak mocna klimatyzacja której nie dalo  wyloczyc przeziebnila migardlo. Trzeba byli się więc trochę podkurowac i wygrzac więc tego wie wzoru zrobiliśmy przegląd kanalow azjatyckich z CNN Hong kong na czele v:-)

 Rankiem budzik nam zaszwankowal i trzeba byli zrobić blyskawiczne pakowani. Jak się okazalo niesluszjie się spieszylismy. Owszem kurs codziennie odchodzi w okolicy godziny. 8 ale dopiero kiedy u zbiera się odpowiednią ilość osób. Tak więc kupilismy bilety i grzecznie czerkalismy aż u zbiera się odpowiednia ilość osób. I takim to sposobem ruszylismy przed 9.

Niestety zimą zatoka Ha Long nie urzerka przynajmniej nas- może latem byli byniecoinaczerj. Mgla skutecznie ogranicza widoczność a poza tym chyba nie mamy fetyszu morsko- żaglowego.















Po drodze w programie była jedna jaskinia całkiem ładna, mile wrażenie robią kolorowo podświetlane różne skały tworzące najdziwniejsze rzeczy. I tu pole do popisu zostaje u dla wyobraźni dlatego ze przewodnik w cenie wycieczki już nie jest a żadna z pięciu będących na pokładzie osób nie była w stanie powiedzieć kilku zdań na temat jaskini w języku angielskim. Warto jednak wiedzieć ze na temat sprzedawanych na przykład na pokładzie łodzi pereł pani potrafi opowiadać cale epopeję w języku angielskim. Ot jak się chce to się potrafi.











Rejs miał trwać 4 godziny a trwał 3,5 ale bardzo nie narzekaliśmy, bo co się dało zobaczyć to przez ten czas zobaczyliśmy.

Ogólnie rzecz biorąc w glosowaniu na kolejny cud świata zdecydowanie jesteśmy za mazurami i to nie tylko z powodów patriotycznych :-)

W drodze na dworzec złapaliśmy obiad i pozostało czekać na autobus. I tu znów fenomen Azji. Pani skasowała nas po 100.000bnd za bilety do Hanoi i kazała czekać w poczekalni. Na pytanie o której będzie autobus odpowiedzialna ze za 45 minut, po czym po 10 minutach od tej odpowiedzi zawołała nas i wskazała autobus do Hanoi, który odjechał jakieś 5 minut później. Tak więc warto stosować się do zaleceń i chyba po prostu im zaufać i jeśli mówią żeby poczekać w jakimś miejscu to tak zrobić bo wtedy z pewnością dotrzemy do swojego celu.

Wietnamsko - laotanska petla. Dzien 12 Grobowiec Tu Duc'a

Musząc więc dobrze spożytkować kolejny nie do końca chciany dzień w Hue, ponownie wypożyczyliśmy rowery. Tym razem wyruszyliśmy w stronę cesarskich  grobowców. Tak naprawdę, mimo że jest ich tam całe zagłębie, byliśmy tylko w jednym, ale za to w jednym z najlepszych.

Swoją drogą to nie szkodowali sobie panowie na swoje pałace i grobowce...

Ten, w którym byliśmy, był grobowcem cesarza Tu Duc'a. Cały kompleks grobowcowy powstał już za życia cesarza, by  mógł on się nim cieszyć już za życia, jako miejscem odpoczynku i rozrywki. Wstęp do kompleksu kosztuje 80.000 vnd, a samo zwiedzanie bez zbędnego pośpiechu zajmuje około 2 godzin.

Na terenie kompleksu znajduje się pawilon położony nad jeziorem, przeznaczony do pisania poezji.  Sprawia on wrażenie miejsca cichego i spokojnego, pełnego kontemplacji.



Znajdują się tam oczywiście także świątynie, no i aktualnie także grobowce cesarza i pierwszej żony.








Cały kompleks jest dobrym miejscem do odpoczynku i spacerów w ciszy z dala od klaksonów motorynek :-)

Wracając zatrzymaliśmy się na kawę w przydrożnej niby kawiarni. Tak bardzo sprawdziła się moja karteczka z tłumaczeniem na wietnamski tego, czego dokładnie chcemy. A sytuacja była dość śmieszna, bo leciwa babcia podała kawę po tym, jak nie zrozumiała, że chcemy ją z mlekiem i lodem. Pokazałam więc na kartce, że z mlekiem, po czym babcia poleciała po mleko. Kiedy przyszła ponownie pokazałam, że nadal to nie wszystko, czego oczekujemy pokazując na kartce, że jeszcze z lodem. Babcia więc raz jeszcze obróciła się na pięcie i krusząc lód zawołała - po profesionalist!

Pijąc już kawkę, taką jak chcieliśmy, zauważyliśmy, że suszy się na słońcu kandyzowany imbir. I wtedy z pomocą rozwiązaniu mojej zagwozdki, jak zrobić taki kandyzowany imbir, przyszła druga pani, która gdzieś z tyłu za nami właśnie go robiła. I tak historyjka obrazkowa połączyła się w całość. Najpierw imbir się dokładnie obiera i oczyszcza, później kroi na cienkie plastry. Następnie - tu pewna nie jestem- ale chyba albo się go krótko obgotowuje w woku albo podsmaża na oleju, bo tę opcję widzieliśmy dzień wcześniej jadąc rowerami. A możliwe też, że funkcjonują obie opcje. Kolejnym krokiem jest odlanie wody bądź tłuszczu i obsuszenie go na ogniu w woku.  Po obsuszeniu wsypuje się cukier  i, co było takie niecodzienne do zobaczenia, miesza się imbir z cukrem, oczywiście pałeczkami :-) prawdopodobnie to mieszanie pałeczkami dodaje całego smaku. Później praży się przez chwile imbir z tym cukrem i jednocześnie obsusza. Później już tylko rozkłada się na słońcu  i pozostawia do całkowitego wysuszenia. Jak wyschnie pozostaje tylko delektowanie się przy nim przy kawie czy herbacie. Pychota :-)

Na 17 wróciliśmy na autobus wiozący nas do Hanoi. O dziwo ten autobus był punktualny.

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Wietnamsko - laotańska pętla. Dzień 11 Cesarskie Miasto w Hue

Z rana zgodnie z planem poszliśmy do carskiego pałacu. Obiekt ten jest wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Jednak, jak się okazało, w dużej mierze jest aktualnie w remoncie. Odrestaurowane jest zakazane miasto, które najbardziej uległo zniszczeniom podczas bombardowań w czasie wojny. W ogóle całe to zakazane miasto jest na kształt tego w Pekinie, tylko mniejsze. Wiele osób mówi, że to się nawet nie umywa do pekińskiego, ale my na szczęście i My Son i zakazane miasto w Hue zobaczymy w dobrej kolejności .

Carski pałac,w którym jest tron, z którego jest rewelacyjny widok na samiuśka bramę i widać, kto przybywa do pałacu. W nim też można oglądać wideo, na którym pokazana jest rekonstrukcja całego kompleksu dająca naprawdę dobre spojrzenie, jak to wcześniej wyglądało i jak być może będzie wyglądać po pracach, które aktualnie mają w nim miejsce.






















Swoją drogą - gdyby u nas w ten sposób przebiegały prace ekipy nad jakimś dziełem UNESCO, to chyba komisja czy co tam jest odpowiedzialne za UNESCO w Europie, odebrałyby dany obiekt temu, kto by go posiadał.

O ile prawa strona kompleksu jest dość prosto rozplanowana i aktualnie niewiele tam się znajduje, o tyle lewa strona, gdzie znajdowały się rezydencje matek, żon i kochanek, jest już o wiele bardziej skomplikowana. Można w niej się pokręcić i w ciszy i spokoju podziwiać urokliwe zakątki.

 Całe zwiedzanie zajęło nam dobre dwie godziny.

 Popołudniu wypożyczyliśmy rowery, by pojechać do oddalonej od centrum pagody. Po drodze zatrzymaliśmy się  na obiad. Były to jakby pierożki smażone na głębokim oleju. Jedne były w środku puste, drugie kształtem podobne do naszych - z warzywami, grzybami i chyba jakąś słoninką, a trzecie kulki z sezamem z farszem lekko słodkim. Po moim dochodzeniu cóż to był za farsz, domniemywuję, iż była to fasola mung z kokosem :-)

Oczywiście jadąc do pagody skreciliśmy w jakieś takie uliczki, że nie wiadomo było czy da się w ogóle jeszcze jechać. Na nasze szczęście się dało i dotarliśmy do pagody.
To jedna z bardziej znanych w okolicy.










Po drodze, gdy jechaliśmy rowerami, dał się wyczuć znajomy nam zapach. Pozaglądaliśmy więc z siodełek ludziom do garnków i okazało się, że był to imbir. Najpierw rzetelnie obierany, a później jakby prażony, z tym że nie jestem pewna, w jaki sposób. W każdym razie cała okolica uwodząco pachniała imbirem :-)

W Hue zaniedbaliśmy wcześniejsze sprawdzenie połączeń w dalsza drogę i jak się okazało, tego dnia nie było szansy wydostać się z Hue, a następnego dopiero o 17. Dlatego warto zainteresować się połączeniami w dalsza trasę od razu po przyjeździe.