praga

praga

piątek, 11 stycznia 2013

Wietnamsko - laotańska pętla. Dzień 1 Welcome to Saigon


Przylecieliśmy do Sajgonu i jest istny sajgon. Nad ranem mieliśmy małe spojrzenie z samolotu na Birmę - może kiedyś i tam uda się dotrzeć.




Wyszliśmy z terminalu i buchnęło na nas gorące powietrze i huk klaksonów. Chyba powinniśmy się do tego przyzwyczaić, ale po kilku godzinach w huku silników lotniczych nie było to miodem dla naszych uszu.


Poszliśmy w stronę autobusu 152, który miał nas zawieźć do centrum. PAN kierowca - miły i uśmiechnięty - skasował nas za bilety  - warte 15 000 vnd - 20 000 vnd, ale to nie przeszkadza. Biały to biały. A, i dał nam 3 bilety zamiast 2 - przynajmniej wartość się zgadzała. Jedyny problem w całej tej przejażdżce był taki, że jechaliśmy owszem do centrum, ale nie wiedzieliśmy, gdzie ono jest i gdzie wysiąść. Wysiedliśmy tam, gdzie według nas było wystarczająco tłoczno.
No i prawie było to centrum. Znaleźliśmy nawet sklep, w którym kupiliśmy wietnamską kartę SIM. Szkoda tylko, że nie działała. Okazało się, że trzeba mieć wietnamski telefon, żeby ona działała i to nie jest kwestia SIM Locka. Trudno, kupimy jakiś wietnamski tel.
Poszwendaliśmy się po mieście błądząc wśród tysięcy motorynek i czekając, aż nasz cs-owy host napisze, pod jaki adres mamy dotrzeć.
A to okazało się nie lada wyzwaniem. Domek mieści się w okolicy Dam Sen Park-u w typowo wietnamskiej dzielnicy, gdzie białego człowieka chyba dawno nie widziano, a już na pewno nie po zmroku. Dotarliśmy tam z centrum taksówką - 16 000 vnd za km. Aby dotrzeć pod podany adres tysiąc razy pytaliśmy jak dojść, ale Wietnamczycy okazywali się zawsze bardzo pomocni, często podprowadzali nas w miejsce, z którego było coraz bliżej.
Nasza gospodyni okazała się młodą Wietnamką w wieku trzydziestu kilku lat. Mieszkała z mężem i dwójką dzieci, skromnie, jak chyba większość Wietnamczyków.


Co nas zaskoczyło, kiedy błądziliśmy po ich uliczkach, to że ich życie prywatne wychodzi na ulice. Wieczory spędzają wspólnie, siedząc na plastikowych stokach przed domem, drzwi, a właściwie rozsuwane kraty, są wszędzie otwarte na oścież, tak że można zaglądnąć w głąb każdego domu.
Ngoc w miarę dobrze mówiła po angielsku, na tyle by można było dość swobodnie porozmawiać. Zdziwiłam się bardzo, z jaka nieśmiałością zapytała mnie, czym się zajmuję na co dzień- czy to u nich jakieś tabu?
Pytała też, ile  kosztowały nasze bilety. I jednocześnie tak bardzo dziwiła się, że jesteśmy tak młodzi. Może dlatego, że jak powiedziała, oni musieliby na te bilety odkładać około 10 lat...

Krzysiek został zaproszony do stoku do mężczyzn, żeby spróbować piwa wietnamskiego. Ngoc powiedziała, że jej mąż spotyka się z kolegami dwa razy w tygodniu. Ja w tym czasie musiałam zająć się sobą. Zdziwiło nas trochę, jak silna jest tu pozycja mężczyzny- pyta się go o zdanie i to on decyduje o wielu kwestiach - tak było np. kiedy nie chcieliśmy się rozdzielać na noc. Ngoc zaproponowała, żebym ja spała z nią w jej pokoju, a Krzysiek z jej mężem będzie spał na dole.  Na szczęście po prośbie z naszej strony mąż się zgodził i mogliśmy zostać na dole we dwójkę.
Dopiero, kiedy dzieci usnęły, a impreza się skończyła, dom nieco ucichł. Pozostał tylko szum wentylatorów i odgłosy dochodzące z ulicy właściwie przez całą noc. Zmęczeni i nieprzyzwyczajeni jeszcze do klimatu  padliśmy ledwo żywi.

1 komentarz:

  1. Super i megaciekawie! I cała reszta synonimów się ciśnie. :D Włóczcie się szczęśliwe, ahoj!
    PS Zwróćcie przy okazji uwagę na psy i reszte zwierzów i na ich traktowanie, chodź mogę się domyślać. xin & cám ơn ;)

    OdpowiedzUsuń