Wietnamsko - laotańska pętla. Dzień 9 My Son

W My Son cisza i spokój. Byliśmy pierwszą i jedyną na tamten moment grupą, więc można było w spokoju przyjrzeć się wszystkiemu i w spokoju pobyć.  Gdyby porównywać My Son do Ankagor Wat pewnie wiele osób powiedziałoby, że nie ma co oglądać, bo rzeczywiście za wielki kompleks to nie jest. Ale Francuzi na pewno byli zaskoczeni, kiedy szli sobie przez dżunglę i nagle natrafili na cały ten świątynny zespół. W latach swojej świetności musiał być imponujący. Aktualnie My Son jest obiektem dziedzictwa UNESCO. Wciąż trwają tam jakieś prace ratujące i rekonstruujące kompleks. My wybraliśmy się do My Son 'wycieczką' z przewodnikiem i to była dobra decyzja. Za 8$ dojechaliśmy tam busem, przewodnik nas oprowadził, a nawet dostaliśmy czas wolny, by samemu móc pooglądać. Do Hoi An wróciliśmy łódka, więc była dodatkowa atrakcja :-) jeśli chodzi o zorganizowanie na własną rękę wycieczki do My Son, to trzeba by wynająć motor lub rower i dojechać tam. Bilety, przynajmniej w tym roku. kosztują 100 000vnd - my także do tych 8$ dopłacaliśmy koszt biletów. Z Hoi An do My Son jest jakieś 40 km, więc da się tam spokojnie dojechać i wrócić. Najlepiej być tam jednak albo bardzo wcześnie rano albo wczesnym popołudniem, kiedy nie ma tam tłumów. My byliśmy ok. 6 rano :-)  i polecamy tę porę.















Około 11 byliśmy z powrotem w Hoi An. Zjedliśmy drugie śniadanie i ruszyliśmy zwiedzać. Kupiliśmy bilety na stare miasto po 120 000vnd - można z nimi zwiedzić wybrane pięć zabytków starego miasta.

Są to przede wszystkim miejsca zgromadzeń kupców i świątynie oraz kilka domów-skansenów. Niestety, aby móc pisać dokładnie o poszczególnych zabytkach, a nie kopiować przewodnika, trzeba by znać przynajmniej dobrze chińskie pismo, ornamentykę, religię i symbolikę. Niestety, my tej wiedzy nie posiadamy.




















Wieczorne Hoi An też jest bardzo przytulne. Wszędzie wiszą lampiony dodające uroku. Dodatkowo buddyści mieli jakieś święto i przed sklepami palili specjalnie w tym celu drukowane pieniądze, kadzidełka i stawiali ołtarzyki z owocami darowiznowymi i przy tym oczywiście modlili się po swojemu. Zapytaliśmy w hotelu, cóż to za święto, ale nasza Pani chyba była katoliczką i nie była dobrze zorientowana. Skwitowała jedynie, że ma to przynieść im szczęście.








Wieczorem zabookowaliśmy bilety do Hue. Koszt  po 5$ za osobę. Bardzo przybliżony czas podróży to 5 godzin.


3 komentarze