praga

praga

poniedziałek, 29 listopada 2010

Norweski dziennik namiotowy. Dzień 24

Ranek przywitał nas słońcem i spokojem małej wioski.





Był to idealny czas na pranie w pobliskim strumieniu i suszenie.



Wybraliśmy się także na ryby. I tak w czasie kiedy nasze pranie schło my opalaliśmy się na skalistym wybrzeżu fiordu łowiąc ryby.






Tym razem nam się poszczęśliciło. Drugi rzut wędką i Krzyś złapał rybę- swoją pierwszą norweską rybę, honor więc uratowany. Najprawdopodobniej był to Czerniak i miał ok. 30cm. W sumie łowiliśmy chyba z 2 godziny, ale nic poza tym jednym okazem nie dało nam się złapać. No ale zawsze już było co zjeść ;)





Pierwsze zabijanie, patroszenie i filetowanie ryby to ciekawe doświadczenie. Naprawdę.

Naszą rybkę doprawiliśmy naszą skromną paletą przypraw- solą, pieprzem i imbirem i zawinęliśmy w aluminiowe sreberko, które wraz z ryba wpakowaliśmy do meneżki z odrobina wody. I tak nasza rybka stała się przysmakiem naszego menu tego dnia.

Po obiedzie sjesta, później kawa z czekoladą- jeszcze tą z Polski i jeszcze raz na ryby. W naszym miejscu pod wielkim mostem w Lervikiu- dwa z trzech miejsc łowiskowych były zajęte, ale rybacy okazali się bardzo przyjaźni i pomocni.
Jeden mężczyzna z Bośni – co się okazało oficer legionu francuskiego, był nam wyjątkowo pomocny. Nie da się ukryć, że w kwestiach łowienia byliśmy zieleni. Ani ja ani Krzysiek przed Norwegią nie łowiliśmy, jedynie z racji rybnego dobrobytu Norwegii zakupiliśmy wędkę mając nadzieję, że praktyka czyni mistrza i ryby prawie same będą się pchać na haczyk. Niestety tak nie było, ale Bośniak pokazał nam jak skutecznie zarzucać i jakich błystek używać (te które mieliśmy były na duuuże ryby- za duże jak na grubość naszej wędki). Dostaliśmy też od niego błystkę, która była najlepsza na takie łowienie. Niestety któregoś zarzucenia żyłka nie wytrzymała i zgubiliśmy błystkę Bośniaka, ale z pomocą przyszedł Rosjanin, który też tam z nami łowił i podarował nam kolejną. Niestety jednak mimo dobrego szkolenia i odpowiedniej przynęty szczęście w łowieniu nam nie dopisywało. O ile Edmar i Masza co raz to coś wyciągali to my nic. Ja jedynie w swoim łowieckim szczęściu złowiłam dwie rozgwiazdy, które Edmar pokazał nam jak oczyścić, żeby móc zasuszyć i żeby nie śmierdziały. I tak po 3godzinach naszego łowienia Edmar śmiał się, że ryby zobaczyły, że my turisty i nie brały i jak dalej będziemy mieć takie szczęście w łowieniu to długo nie będziemy papali… Ale powiedział też żbyśmy się nie martwili, że tak czasem jest a w ramach pocieszenia na odchodne dostaliśmy 4 świeżutkie makrele, które złowił przez ten czas i reklamówkę dopełnił rybami Rosjanina. Niestety musieliśmy podziękować , bo ok. 7kg ryb we dwójkę nie bylibyśmy w stanie przejeść zanim by się popsuły. Ale 4 makrele zachowaliśmy i wróciliśmy z wielką radością do namiotu.

Krzyś wypatroszył i wyczyścił makrele a ja przygotowałam herbatę i przyprawiłam ryby. Systemem sreberkowym zawinęłam i tak czekały na ranek.



I tak popijając wieczorną herbatę doszliśmy do wniosku, że serce rośnie, kiedy doświadcza się tak wielkiej ludzkiej życzliwości i dobroci i przede wszystkim Bożej Opatrzności każdego dnia tej naszej przygody…

wtorek, 23 listopada 2010

Norweski dziennik namiotowy. Dzień 23

Na Montanie rzeczywiście było rewelacyjne miejsce- wzgórze z widokiem na miasto, lasek ze strumieniem i brak tłumów ludzi a nawet można powiedzieć miejsce ustronne, czyli wszystko co nam było niezbędne.





Zebraliśmy się z Montany z zamiarem pójścia do IT i zakwaterowania się w jakimś hostelu żeby się wyprać i wysuszyć.

Do centrum dostaliśmy się autobusem 31 za 50Nok. W IT wielki tłok. Trzeba było odstać swoje. Dowiedzieliśmy się, że nie ma wolnych miejsc w hostelach w całym mieście, bo jest jakiś koncert a jedynie jest wolny pokój 2 os w hotelu za jedyne 700Nok. Mocno niezadowoleni więc podziękowaliśmy.

Zostawiliśmy w IT bagaże za 40 Nok i poszliśmy zwiedzać. Co ciekawe w Norweskiej stolicy deszczu świeciło słońce, jakby chciało nam zrekompensować brak wolnych pokoi i samo nas wysuszyć. Pospacerowaliśmy starówką i wąskimi uliczkami dość mocno zatłoczonego miasta.





Zwiedziliśmy katedrę św. Jana













i Muzeum Historii i Kultury ( dla studentów bezpłatne).

Po drodze zrobiliśmy też zakupy: czekolada 8Nok, bułka 10Nok, potatsalad 11Nok, parówki 23Nok i 2xfasolka po 4,5Nok.

Zabraliśmy z IT nasze bagaże i udaliśmy się na pociąg do Nestun 50Nok, który miał nas wywieźć na obrzeża miasta, skąd mogliśmy dalej stopować. W Nestun stanęliśmy na wylotówce na Stavanger. Po niezbyt krótkim czasie dostrzegłam, że jedzie TiR na POLSKICH tablicach. Żywo więc zaczęliśmy machać i TIR się zatrzymał. Był to pierwszy TIR który się dla nas zatrzymał. Kierowca był spoko gościem, przewiózł nas promem za free, więc znowu oszczędziliśmy.

W miejscu w którym nas wysadził był mały problem z noclegiem, ale pozwoliliśmy sobie przemierzyć czyjąś posesję na której wypasały się owce i dotarliśmy do maleńkiej wioski z zaledwie kilkoma domami. Tam znaleźliśmy stary sad nieopodal którego płynął strumyk i tam też, w tym starym sadzie znalazło się dla nas idealne miejsce na nocleg ze wszystkimi udogodnieniami bieżącej wody ;)

Norweski dziennik namiotowy. Dzień 22

Całą noc padało. Ale to nic. Najgorsze, że rano też padało i nic nie zapowiadało poprawy pogody. Zdążyliśmy się wyspać, rozegrać partyjkę shogów i około 13 stwierdziliśmy, że nie ma sensu dalej siedzieć tylko ruszamy w drogę. Niestety wszystko w namiocie było mokre albo przynajmniej wilgotne a przede wszystkim nasze buty, spodnie, kurtki... I nic nie zapowiadało tego, że w najbliższym czasie uda się je wysuszyć.

Tacy mokrzy i śmierdzący stanęliśmy przy drodze, by łapać miłych norwegów na stopa.
Okazało się, że mają litość nad zmokniętymi turystami i po kilku minutach jechaliśmy z Norweżką jadącą do Oddalen. Niestety przekazała nam złe wieści pogodowe. Synoptycy nie przewidują ładnej albo przynajmniej niedeszczowej pogody w najbliższych dniach.
W Oddalen po 40 min zabrał nas Norweg, który budował dom i co się okazało najmował Polaków do pracy. On wysadził nas na rozstaju dróg w Muskog. Tam w pełnej ulewie przeszliśmy na przystanek- na szczęście z daszkiem, zjedliśmy, żeby dodać trochę energii zmokniętym i wychłodzonym organizmom i dalej łapaliśmy stopa licząc, ze w tym deszczu ktoś się dla nas zatrzyma. I nie przeliczyliśmy się. Zatrzymali sie dla nas dwaj bracia jadący prosto do Bergen, czyli kolejnego naszego celu.
Po drodze przeprawiliśmy się promem 58Nok. Chłopaki z racji tego, że znali teren znaleźli dla nas nocleg w Bergen, co dla nas byłoby sporym problemem, bo w mieście nie prosto o miejsce noclegowe dla namiotu. Było to super miejsce, mieściło się na Montanie- cokolwiek by to nie znaczyło tak nazywało się o miejsce a dokładniej wzgórze z widokiem na miasto...

wtorek, 16 listopada 2010

Norweski dziennik namiotowy. Dzień 21

Noc rzeczywiście była ciepła, spokojna i co było dla nas nowością wygodna, bo jednak w lesie było mocno nierówno i i dawało to spory dyskomfort podczas snu. Co ważne też obudziliśmy się w pełni sił i zdrowia. Zebraliśmy się więc w miarę szybko dalej.

Tego dnia mieliśmy wyjątkowe szczęście. Prawie od razu zabrał nas Szwed jadący, również turystycznie, na Trollstigen, czyli drogę trolli. W związku z tym że jechał również turystycznie, przystawał przy ciekawszych i piękniejszych widokach by zrobić zdjęcia, co i nam bardzo odpowiadało. Na górnej stacji dał nam nawet 30min na to by spokojnie pójść na punkt widokowy i porobić zdjęcia.

Droga Trolli rzeczywiście jest piękna, niesamowite jak Norwegowie potrafią wykorzystać naturę i połączyć ją z niezbędną nowoczesnością.











Szwed jechał dalej więc zabraliśmy się z nim do Stryn. Po drodze trzeba było przeprawić się promem 48Nok. W Stryn zrobiliśmy zakupy- fishboller 8,5Nok, chleb 5,5Nok i udaliśmy się szukać noclegu.

Oczywiście lalo jak z cebra. Przemakając do suchej nitki szliśmy wzdłuż głównej drogi E6 w poszukiwania skrawku ziemii dla naszego namiotu. I tak znaleźliśmy kilka metrów od drogi a duży krok od skalistego brzegu fjordu w jakiś krzakach miejsce na nasz nocleg. Niezbyt to było ciche, malownicze i wygodne miejsc, ale jak to mówią- "jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma"...

Nasze fishboller'y okazały się mocno kiepskie. Udało się nam je jakoś skończyć ale wiedzieliśmy czego już nie kupować.

Norweski dziennik namiotowy. Dzień 20

Kolejna noc była bardzo kiepska. Nie wiem czy to las i góry tak mocno trzymały zimne powietrze i wilgoć czy faktycznie była taka zimna noc. Możliwe też, że zimno i dreszcze były dalszym ciągiem odpowiedzi na długą wycieczkę w góry. W każdym razie oboje bardzo źle spaliśmy. Co raz budziliśmy się z zimna i za nic nie mogliśmy skumulować energii. Poza tym gdzieś w pobliżu namiotu hasały dzikie konie, które żyją w Dovrefjell i które budziły mnie odgłosem swojego galopu i skutecznie rodziły równie dziką jak one obawę, że w swym szalonym pędzie staranują nasz namiot. Na szczęście noc dobiegła końca. Jedak to nie był koniec zdrowotnych przygód. Krzysiek przytruł się czymś. Stawiam, że to te zimne parówki na szczycie siadły mu na żołądek, bo co by innego?

Dla odmiany także i mnie zaczęła łapać choroba a kolano nadal bolało. Zeszliśmy jednak do Kungsvol, by łapać stopa.

Po 1,5h naszego łapania stopa, na zatoczkę na której staliśmy zajechał samochód tylko co się okazało- wcale nie dla nas. Kobieta zatrzymała się, by pójść do toalety do zajazdu naprzeciwko. Ale powiedziała, że nas weźmie i tak po 5 min jechaliśmy w ciepłym samochodzie do Bjorli. Tam zrobilismy zakupy w Bunprisie: chleb 22Nok(nacieliśmy się :/, marmolada pomarańczowa 15Nok( nie polecamy- skórki pomarańczowe w galaretce z cukrem), ser 55Nok, czekolada x2- 9 Nok x2, keczup 9Nok.

Z Bjorli wzięła nas kobieta jadąca w stronę Andaleness i wysadziła nas przy Trolsvagen, czyli ścianie troli.





Po zrobieniu zdjęć złapaliśmy stopa do mostu, który skręcał na drogę trolli oddalonego o kilka kilometrów.

Tam zaczęliśmy łapać stopa aby dojechać, a właściwie przejechać przez drogę trolli, ale koś nikt nie chciał się dla nas zatrzymać. Dodatkowo ja miałam się bardzo kiepsko w związku z czym tego dnia zrezygnowaliśmy z dalszej podróży i udaliśmy się na poszukiwanie noclegu.

I tak znalazł się piękny nocleg na polanie w brzozowym gaju i miejscem ogniskowym a w dodatku z turkusowo-zieloną rzeką poniżej... Bajkowy to był nocleg.





Szkoda tylko, że całe popołudnie i wieczór spędziłam w śpiworze w ramach wygrzania po lekach. Na szczęście już wieczorem czułam się zdecydowanie lepiej.

Skorzystaliśmy też z miejsca ogniskowego i Krzyś przypiekł na kolację nasze salami :)

Zapowiadała się ciepła spokojna noc i tak z nadzieją na słoneczny poranek w pełni zdrowia poszliśmy spać.

Norweski dziennik namiotowy. Dzień 19

Ranek obudził nas chłodem i chorobowymi dolegliwościami a dokładniej Krzyśka. Daliśmy popalić naszym organizmom przez te 14 godzin wędrówki dzień wcześniej i chyba zaczęły się trochę buntować. No ale solidna porcja energii i gripeksy były nadzieją na uchronienie przed rozwojem choroby Krzyśka a maści przeciwzapalne szansą relaksu i ukojenia dla moich kolan.

W związku z tym, że była to niedziela i ruch na drodze był kiepski, bo świąteczny a dodatkowo kiepskie było zdrowie Krzyska i co chwila padał deszcz ułatwiło nam to podjęcie decyzji o zostaniu w górach dzień dłużej.

I tak też spędziliśmy dzień na kurowaniu się, zajadaniu, niewielkim praniu, suszeniu, grze w szogi i dłuuugich rozmowach...

czwartek, 11 listopada 2010

Norweski dziennik namiotowy. Dzień 18

Poranne szybkie zbieranie i w trasę. Nasz cel to Snohetta 2285 m.n.p.m.






Droga początkowo łatwa i niewymagająca aż do samego schroniska Raiheim prowadziła przez malowniczą tundrę przecinaną strumykami. Ten odcinek mimo ze prosty to bardzo długi z przerwą jedzeniową zajął nam prawie 5 godzin.















Park Narodowy Dovrefjell słynie z tego, że żyją w nim piżmowoły. Jest to jedno z 4 (Kanada, Grenlandia, Alaska, Norwegia) miejsc występowania tego zwierzęcia na świecie. Jest to niezwykle paskudne zwierzę, nie mniej jednak po wcześniejszych zapowiedziach osób które wiozły nas do Dovrefjell, że będziemy mieć wyjątkowe szczęście jeśli je zobaczymy, bo w lato chowają się głęboko w górach bojąc się turystów, bardzo cieszyliśmy się, że mogliśmy je zobaczyć i to kilkakrotnie. Rzeczywiście są one bardzo płochliwe i już widząc nas z daleka całym stadem uciekały z popłochem kiedy tylko zobaczyły nas po drugiej stronie strumienia dobre kilkaset metrów od nich. Udało nam się jednak je sfotografować w galopie a także znalazł się jeden osobnik, którego Krzyśkowi udało się podejść zza krzaków na zaledwie kilka metrów i zrobić mu niemalże portret. Okupił to co prawda zamoczonymi w bagnie butami i brudnymi spodniami, ale w końcu było warto.









Od schroniska Raiheim droga zdecydowanie uległa zmianie. Nie dość, ze zaczęła zdecydowanie piąć się w górę po wielkich kamieniach to wiał jeszcze bardzo silny wiatr. Podejście to było bardzo strome i wejście na szczyt zajęło nam 3 godziny.













Na szczycie trochę w pośpiechu, bo byliśmy potwornie przewiani i zapomnieliśmy rękawiczek więc nasze dłonie odmawiały ruchu palcami, zrobiliśmy całe mnóstwo zdjęć na krajobraz, który nawet zdjęcia przedstawiają marnie a którego opisać nie sposób.























W pospiechu zjedliśmy też nasze zapasy jedzeniowe, by dodać organizmom energii.
Niestety pogoda nie pozwoliła nam długo cieszyć się szczytem i widokami i zaczęliśmy drogę powrotną.

Trzeba było bardzo uważać stąpając w dół po olbrzymich kamieniach, niekiedy naszej wielkości, by noga nie spadła w jakąś lukę między nimi, szczególnie przy szczycie gdzie jeszcze leżał śnieg. Schodzenie zajęło nam 2,5 godziny i około godziny 22 byliśmy z powrotem przy schronisku Raiheim. Tam chwila przerwy i dłuuuga wędrówka przez tundrę w stronę bazy.



Do namiotu dotarliśmy po 3,5 godzinie, czyli około godziny 1.30. Niestety nie wzięliśmy pod uwagę tego, że to już nie całkiem północ i jednak słońce trochę zachodzi za góry w związku z czym zrobiło się dość ciemno i ostatnie półtora godziny szliśmy w mocnej szarówce. Na szczęście bez problemu dotarliśmy do namiotu. I skoro tylko weszliśmy do niego padliśmy jak zabici po 14 godzinach porządnego marszu.