praga

praga

wtorek, 28 grudnia 2010

Norweski dziennik namiotowy. Dzień 31

Nasze miejsce pod mostem okazało się całkiem ciche, spokojne i wygodne.



Zebraliśmy się rano, żeby szybko wystartować ze zwiedzaniem miasta. Dzień wcześniej obczailiśmy muzea do których wstęp jest bezpłatny a jest ich w Oslo całkiem sporo.

Zanieśliśmy więc nasze bagaże na stację PKP a właściwie NSB, bo tak się koleje w Norwegii nazywają i zostawiliśmy je w skrytce płacąc 40Nok. I ruszyliśmy zwiedzać.





Pierwsze poszliśmy do ratusza.



Akurat załapaliśmy się na darmowego przewodnika, który ruszał o godzinie 10 (10,12,14). Przeprowadził nas przez wszystkie ratuszowe sale, pięknie zdobione różnymi freskami z barwnymi historiami odnośnie ich powstania.



Z ratusza poszliśmy w stronę Teatru Narodowego znajdującego się obok Uniwersytetu i do Parlamentu, do którego niestety nie udało się wejść z powodu jakiś prac wewnątrz.





Dalej poszliśmy do Muzeum Architektury, Muzeum Sztuki Współczesnej i Muzeum Filmu- bogatego w eksponaty i całkiem ciekawego.



Po drodze też wstąpiliśmy do Katedry Oslo.

Na obiad Krzyś zabrał mnie do McDonalda :) Wsunęliśmy po 2 cheeseburgery aż uszy nam się trzęsły :) 40Nok.

Czegoś nam jednak jeszcze brakowało. A tym czymś była dobra kawa... Udaliśmy się więc na nią w ramach rozpusty na dworcu do 7eleven. Ja kupiłam sobie pyszne latte z syropem orzechowym a mój drogi Krzysztof na swoje nieszczęście wziął sobie Espresso Machiato z syropem Irish-Cafe. Ale przebolał w miarę szybko swój wybór ;) Siedliśmy więc na chyba najbardziej obleganych schodach w Oslo w centrum i popijaliśmy kawkę i zajadaliśmy ciasteczka, które rano zachomikowałam z dużych bagaży do saszetki z dokumentami. Takiego chilloutu wtedy nam trzeba było...



Po kawce ruszyliśmy w poszukiwaniu katolickiej katedry. Włócząc się po uliczkach Oslo znaleźliśmy interesujące nas miejsce. Co ciekawe codziennie o 19.30 jest tam msza w języku polskim.

Powłóczyliśmy się jeszcze w poszukiwaniu skelpu i znaleźliśmy KiwiPrisa: potatsalad 10Nok, chleb 6Nok, herbaty Twinings na suveniry 44Nok. Później znaleźliśmy też Rema100 i dopełnilismy brakujące zakupy: dżem 14Nok,masło orzechowe 17Nok- co ciekawe takie z prawdziwego zdarzenia, bo 88%zawartości orzechów.



Po zakupach posiedzieliśmy jeszcze trochę na schodach obserwując jak toczy się lokalne życie, zabraliśmy bagaże i wróciliśmy na nocleg pod nasz most.

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Norweski dziennik namiotowy. Dzień 30

Koło 12 stanęliśmy stopa. Po 15 minutach zatrzymał się dla nas dziwny Norweg z Filipinką, którzy byli dla nas dobrym stopem, bo jechali prosto do Oslo do którego i my zmierzaliśmy. Tak więc pierwszy stop i od razu docelowo. I dobrze, bo szczerze to już dość mieliśmy tego łapania stopów.

Norweg z Filipinką zatrzymali się by zwiedzić stary kościółek typu Stavkirke w okolicach Dallen więc przy okazji i my pozwiedzaliśmy.





Po dotarciu do Oslo wysadzili nas przy galerii OsloCity. Z tamtąd udaliśmy się do IT. Pogoda była paskudna- cały czas lało a o nocleg w centrum miasta, szczególnie takiego jak Oslo, bardzo trudno. Ja zostałam więc w IT z bagażami a Krzysiek w tej ulewie, z mapką z IT gdzie był zamalowany kawałek zieleni poszedł szukać miejsca na nocleg. Wrócił po jakimś czasie z dobrymi wieściami. Szkoda tylko że o 20 zamykali IT a na zewnątrz cały czas lało. No ale jakieś 15 min drogi na butach z plecakami, więc w sumie niezbyt daleko, znalazł się kawałek zieleni a gdzie nie było zbyt wielu ludzi. Nawet lepiej, bo znalazł się tam most, a właściwie kładka pod która rozbiliśmy się. Było tam w miarę sucho więc spokojnie można było rozbić namiot nie przemakając do reszty a dodatkowo nie było nas zbytnio widać z tego miejsca, co było dodatkowym atutem. Tak więc suma sumarum w Oslo spaliśmy pod mostem ;)

czwartek, 16 grudnia 2010

Norweski dziennik namiotowy. Dzień 29

Rano obudził nas deszcz i mgła. Podczas naszego porannego zbierania jednak przestało padać i zaczęło się przecierać.

Stanęliśmy na stopa i staliśmy tak godzinę, aż zabrała nas rodzina Niemców. Dowieźli nas do parkingu na Kjerag i tam mimo dość dużego ruchu staliśmy aż 3 godziny zanim wzięło nas małżeństwo w średnim wieku.



Dowieźli nas do głównej drogi. Tm przeszliśmy do skrzyżowania na Valle i stamtąd godzinę później zabrało nas małżeństwo Niemców.

Wysiedliśmy w Valle i zdążyliśmy zrobić zakupy: chleb 10Nok, parówki 16Nok, dżem 14Nok, czekolada 9Nok, kawa 20Nok, makaron 10Nok, ciastka(!!!) 10Nok, ciastka (!!!) 11Nok, sos słodko-kwaśny 11Nok.

Po zakupach ruszyliśmy w poszukiwaniu miejsca do łapania stopa. Niestety nasze morale tego dnia osłabione przez wielogodzinne czekanie były równie kiepskie jak ruch na drodze. W ramach buntu na zbyt długi czas oczekiwania poszukaliśmy więc miejsca na nocleg.Znalazł się w lasku nieopodal miejsca postojowego dla podróżnych.



W miejscu tym płynęła rzeka a na niej zrobione były tamy, mostki przystosowane do zabawy dla dzieci. Generalnie miejsce to funkcjonowało jako plaża- mimo że piasku tam nikt nie uświadczył.Było również zaplecze sanitarne - i tu wielki podziw dla Norwegów za poziom ich kultury. W Polsce takowe toi toi'e odstraszają widokiem zapachem i czym się da. Norweskie natomiast posiadają bieżącą wode do spłukiwania,gorącą wodę w kranie, jest w nich czysto, pachnąco i są wyposażone w papier toaletowy i mydło... Jak dla Polaka- szok.

W ramach poprawy nastroju i podniesienia morali, zaparzyliśmy kawę, zjedliśmy ciacha i całą resztę popołudnia i wieczoru spędziliśmy na odpoczywaniu. O tak tego nam trzeba było...

środa, 15 grudnia 2010

Norweski dziennik namiotowy. Dzień 28

Niestety mimo naszego pośpiesznego zbierania okazało się, że małżeństwo odwiedzili znajomi i nie mają dla nas miejsca w aucie. Stanęliśmy więc na rozstaju dróg i czekaliśmy 1,5h aż zabrał nas Norweg jadący chłodnią i podwiózł na skrzyżowanie z drogą prowadzącą do Lysebotn. Na skrzyżowaniu czekaliśmy 3o min i zabrała nas para Norwegów, którzy zawieźli nas na parking do Kjerag'u. W związku jednak z kiepskim samopoczuciem po dużej ilości przebytych serpentyn, mojej wyjątkowo silnej malkontencji i po części potrzebie zakupu chleba zdecydowaliśmy, że na Krerag wybierzemy się dnia następnego.

Stanęliśmy więc łapać stopa do Lysebotn oddalonego o 7,5km okropnymi serpentynami. Po 30min kiedy nic się nie zatrzymywało zaczęliśmy iść wtedy sam bez naszego machania zatrzymał się jakiś gość busem osobowym i zawiózł nas do Lysebotn. Tam niestety okazało się, że sklepu nie ma, ale za to znalazło się ładne miejsce noclegowe obok rzeczki.





Rozbiliśmy się więc i poszliśmy na ryby z nadzieją na zażegnanie naszego zbliżającego się kryzysu żywnościowego.





Niestety i tym razem nie mieliśmy szczęścia i nic nie ułowiliśmy. Jedyne co to wracając obok drogi rosły leśne maliny i przy nich spędziliśmy dobre 45min na objadaniu się nimi :) Po powrocie do namiotu, na nasze miejsce noclegowe dołączyła para Niemców a my oszczędnie zjadaliśmy kolację.

sobota, 11 grudnia 2010

Norweski dziennik namiotowy. Dzień 27

Dzień jak co dzień, choć nie do końca, bo zaczął się wyjątkowym szczęściem- starsze małżeństwo Norwegów zabrało nas po 2 min łapania stopa i mimo że nie do końca jechali w naszym kierunku to podwieźli nas do samego celu, czyli Preikestolen.

Przed wejściem na trasę zostawiliśmy nasze plecaki w choinkach na skraju drogi, aby lżej się szło. Przewidywany czas samego dojścia na półkę skalną wiszącą nad fiordem 600m w górę szacowany był na 1,5h w jedną stronę.



My jednak z racji całych tłumów turystów, którzy wlekli się niemiłosiernie, a do których podczas naszego podróżowania zupełnie nie przywykliśmy po 2,55h byliśmy z powrotem przy plecakach. Widok z Preikesloten rzeczywiście jest piękny, pogoda nam dopisała i byłoby zupełnie miło gdyby nie te tłumy, które psuły całą atmosferę miejsca...











Po powrocie z Preikestolen łapaliśmy stopa do głównej drogi, ale dziewczyny, które się dla nas zatrzymały jechały w kierunku, który nam całkiem odpowiadał więc zabraliśmy się z nimi do krzyżówki drogi 508 z drogą na Sadness. Oczywiście po drodze nie uniknęliśmy promu, który skasował nas 48Nok.

Na drodze 508 nie uszliśmy 10m jak zatrzymało się dla nas małżeństwo bardzo miłych Norwegów. Jechali do Sirdal i tam tez z nimi się zabraliśmy.Dali nam swój nr tel., bo następnego dnia również jechali na Kjerag- czyli kamień zaklinowany między dwoma skałami, na który i my wstępnie się wybieraliśmy. Zaoferowali, że wezmą nas ponownie i dowiozą na miejsce.

W Sirdal znaleźliśmy malowniczy nocleg nad niewielkim jeziorem. Okazało się, że wokół jeziora jest torfowisko porośnięte mchami i rosiczkami. Tej nocy więc spaliśmy jak na poduszkach.













piątek, 3 grudnia 2010

Norweski dziennik namiotowy. Dzień 26

Wstaliśmy rano, bo plany na dzień były dość duże a jeszcze trzeba było dojechać do miasta. Śniadanie, mycie. Plaża piękna, o tej porze jeszcze w miarę pusta, świeciło słońce a woda błyszczała w nim błękitem tylko niestety całe piękno krajobrazu studziła temperatura wody, ale w sumie trochę się przyzwyczailiśmy :)

Kiedy zaczęliśmy już iść w stronę lotniska i strony wylotowej z Sola a prowadzącej w stronę Stavanger akurat przejechał obok nas większy samochód transportowy. Wysadził kilku chłopaków i zawrócił spowrotem więc zamachaliśmy na niego i tak udało się złapać stopa do Stavanger :)

W Stavanger udaliśmy się do IT. Tam wydrukowaliśmy karty pokładowe do samolotu na drogę powrotną 30Nok i dopytaliśmy o interesujące nas szczegóły.

Z IT poszliśmy na dworzec kolejowy gdzie zostawiliśmy w skrytce bagaże. Zaoszczędziliśmy 40Nok bo chyba skrytka była zepsuta tzn zamykała sie na kluczyk ale nie wołała pieniędzy :)

I ruszyliśmy zwiedzać miasto.









Przeszliśmy właściwie całe wybrzeże Stavanger, które w niedzielne przedpołudnie było dość tłumne. Wzdłuż niego ciągnęły się malownicze norweskie domki, w których najczęściej usytuowane były restauracje, kawiarnie i sklepy z pamiątkami.



Poszliśmy także do Muzeum Konserw, które mieści się w budynku starej fabryki na Starym Mieście w Stavanger. Wstęp to 30Nok od osoby. Bardzo podobało nam sie to muzeum, bo miało ono swój wyjątkowy, stary klimat i bardzo fajnie pokazywało jak rozwijał się ten rybny przemysł.











Pokręciliśmy się sporo po Starym Mieście









i ogólnie po Stavanger tak po prostu żeby poczuć klimat miasta. Międzyczasie zrobilismy zakupy w Bunprisie: chleb 26Nok,50Nok mięso, 11Nok majonez, ser 62 Nok, 21 potatsalad. I po zakupach prosto po bagaże.

Już z bagażami poszliśmy na mszę. To pierwsza msza w Norwegii po Polsku. Na niej zaskakująco dużo ludzi, kościół prawie pełny i wychodzi na to że to sami Polacy.

Po kościele poszliśmy na prom, który płynął w stronę Tan 2x42Nok. Tuż po 21 byliśmy już na Tan rozbici za drzewami na skrzyżowaniu dróg z pięknymi planami na następny dzień.

środa, 1 grudnia 2010

Norweski dziennik namiotowy. Dzień 25

Ranek minął leniwie. Objedliśmy się makrelami, które dostaliśmy od Bośniaka i do samego wieczora czuliśmy się syci. Ale takie świeże ryby są przepyyyszne :)



Stopowanie nam dopisywało. Najpierw ze 30km podwiozła nas wikingowa, a później kolejne 20km Rosjanin.

Po drodze kupiliśmy chleb w Rema1000 (5,5Nok).

Później odczekaliśmy swoje i po pół godzinie zabrała nas dziewczyna jadąca prosto do Stavanger, czyli naszego celu. Po drodze przeprawiliśmy się promem 70Nok. Dziewczyna jechała do znajomych do których zadzwoniła żeby skonsultować dobre miejsce noclegowe dla nas. I tak znalazła dla nas piękne miejsce Sola Beach pod Stavanger. Tam rozbiliśmy się w krzakach.



A po rozpakowaniu udaliśmy się na dłuuuugi spacer piękną piaszczystą plażą...