praga

praga

sobota, 27 sierpnia 2011

Węgierskie wojaże. Dzień 5

Niestety ranek wcale nie przywitał nas ani słońcem ani nawet ciepłem... Co więcej przez większość nocy padało a my zapomnieliśmy o tym że mamy przetarcie w podłodze namiotu po Norwegii i obudziliśmy się w nieco wilgotnych śpiworach. Niezrażeni tym jednak według planu wybraliśmy się do Peczu.

Po drodze mijaliśmy ciągnące się przez całe zbocza winnice osnute poranną mgłą.



Pecz okazał się miastem bardzo malowniczym. Spacerując starówką podziwiać można było barwnie zdobione tureckimi ornamentami kamienice, bo to Turcy przez wiele lat urzędowali w tym mieście.















To oni także wybudowali minaret, kościoły tamtego czasu poprzekształcali w meczety a w kilku miejscach w mieście można spotkać miejsca po starych tureckich łaźniach.



Dla nas oczywiście poza zdobnym klimatem samego miasta największą atrakcją była Katedra Świętych Apostołów Piotra i Pawła. Jest to budowla z 4 wieżami w stylu romańskim, wielka i monumentalna.







Nas podobnie jak w kościele w Szeged uwiodły piękne, wielobarwne malowidła naścienne, którymi był pokryty dokładnie każdy milimetr ścian... Dodatkowo klimat tego miejsca był wzbogacony wygrywaną przez pewnego mężczyznę, jak się później okazało znanego w tym mieście kompozytora, muzyką, która w potędze świątyni brzmiała wyjątkowo wzniośle i dostojnie.

W katedrze zajrzeliśmy także do wczesnochrześcijańskich katakumb z IV w n.e



oraz do części muzealnej, w której wyeksponowane były insygnia i szaty biskupie oraz naczynia liturgiczne.





Po zwiedzeniu katedry trochę zgłodniali udaliśmy się na hamburgery, błądząc uliczkami miasta. Po odrobinie odpoczynku wstąpiliśmy do kościoła który przez większość ludzi jest mylony z meczetem ze względu na półksiężyc widniejący nad dachem. Nie mniej jednak jest to kościół choć dość skromny w swoim wnętrzu.

Zaglądnęliśmy także do synagogi a ta prezentowała się już zdecydowanie lepiej. Co nas zaskoczyło a właściwie kto, bo był to starszy mężczyzna pewnie koło 70, który potrafił nas przywitać i poinstruować odnośnie zwiedzania w języku angielskim. A na koniec umiał nawet pożegnać i życzyć miłego dnia. Było to dla nas dużym zaskoczeniem po tym jak pewnie o połowę albo o przynajmniej jedną trzecią młodsza kobieta na basenie w Gyula nie umiała po angielsku sprzedać nam nawet biletów... Jest to zastanawiające. I dające podstawy do myślenia, że rodowici Węgrzy to zdecydowanie ignoranci językowi.

Synagoga czarowała starym klimatem muzułmańskich modlitw i zdobień. Szkoda tylko, że przewodnik to kilka kartek, mimo ze po angielsku, to niezbyt przystępnego tekstu, który niekoniecznie wciągał i zaciekawiał.











Synagoga była ostatnim naszym punktem w zwiedzaniu Peczu. W drodze do Villany, naszej malowniczej winnej wioski wstąpiliśmy do Tesco, gdzie obłowiliśmy się w różnego rodzaju smakołyki na wieczór.

Region winiarski Villany & Siklos jest to najciekawszym, najbardziej na południe wysuniętym regionem produkcji wina na Węgrzech. Doskonała jakość tamtejszych trunków znana była już od czasu średniowiecza. Pierwsze uprawy winorośli datuje się na czasy rzymskie, duży wpływ na rozwój upraw miały także wydarzenia z okresu następującego po najeździe i okupacji tureckiej.

Gwałtowny rozwój tego regionu zapoczątkowany został jeszcze przed nastąpieniem zmian politycznych z lat 90-tych. Lokalni producenci wina i właściciele winnic zdecydowali się wówczas na wprowadzeni nowoczesnych metod uprawy winorośli, a także rozpoczęli całkowicie pionierską promocję regionu wśród znawców win. Zdecydowany nacisk położyli na polepszenie jakości oferowanych wyrobów oraz zaplecza wytwórczego, jak również starali się zainteresować swą pracą potencjalnych odbiorców. Na efekty tych działań nie trzeba było długo czekać - dziś wina z Villány osiągają najwyższe ceny z win węgierskich.

Dla pospolitego turysty Villany to namiastka śródziemnomorskiego klimatu,









gdzie w przytulnych winniczkach może usiąść zjeść smakowite węgierskie potrawy oraz napić się wyśmienitego wina w cenach wręcz śmiesznych (150-350Ft za kieliszek).
My zawitaliśmy do piwniczki winnicy "Matias", gdzie miło spędziliśmy popołudnie.







Wieczór natomiast spędziliśmy na grilowaniu i świętowaniu imienin Krzyśka.

wtorek, 23 sierpnia 2011

Węgierskie wojaże. Dzień 4

Niedzielę mieliśmy spędzić w pięknym Baja, pachnącym papryką i zupą rybną...
Niestety Baja nie było ani piękne ani nijak pachnące no może kawą na którą wybraliśmy się w ramach zrehabilitowania wspomnień z tej mieściny...

No może rynek był całkiem ładny, ale to chyba wszystko.



Z rana wybraliśmy się do Franciszkanów na mszę przeszedłszy przez kilka rozkopanych ulic. Później mieliśmy się powłóczyć trochę po mieście, ale to nie był zbyt udany pomysł, bo miasto urokiem zdecydowanie nie grzeszyło. Nie odpuściliśmy jedynie starej serbskiej cerkiewce gdzieś w plątaninie uliczek. I była to dobra decyzja.





Serbska cerkiew skrywa w swym wnętrzu misternie rzeźbiony, skrzący się od złota ikonostas i XVIII-wieczne malowidła. Choć jest bardzo zniszczona i zaniedbana kryje w sobie dawne piękno, zapach kadzidła i szepty modlitwy...

Wracając w stronę rynku, na którym zostawiliśmy samochód zaglądnęliśmy przez płot do synagogi,





oraz zatrzymaliśmy się na kawę i małe co nieco w Galerii Cukroszada.







I tak ruszyliśmy dalej w poszukiwaniu słońca i dalszych przygód... a dokładnie w stronę Harkany, miejscowości ze słynnymi basenami termalnymi.

Po drodze mieliśmy okazję przeprawić się promem przez Dunaj, lecz była to dość krótka przyjemność.



Późnym popołudniem dotarliśmy do Harkany. Tam zatrzymaliśmy się na campingu zaledwie kilkaset metrów od term.
Nocleg był zdecydowanie na najwyższym poziomie ze wszystkich campingów na jakich nocowaliśmy. Zostaliśmy na nim 2 noce.

700Ft za osobę
600Ft za namiot
195Ft opłata aklimatyzacyjna
brak dodatkowej opłaty za samochód
czyli nocleg wychodził jakieś 18zł.





Niestety tego dnia nasze morale miały kryzys. Było zimno i deszczowo a my zamiast cieszyć się wakacjami wciąć uciekaliśmy przed deszczem spędzając kolejne godziny w samochodzie. Zaczęliśmy się zastanawiać nawet, czy nie uciec do Chorwacji. Zwyciężył jednak zdrowy rozsądek i zostaliśmy na Węgrzech. Po planowaliśmy mimo pogody kolejny dzień. Karol z Anetą mieli ruszyć na baseny a ja z Krzyśkiem do pobliskiego Peczu i winiarskiego regionu Villany & Siklos.

Wieczorem mimo chłodu nawet udało się posiedzieć i pogrilować a na poprawę morali zjeść ostatnią porcję ogórków Mamy...

Węgierskie wojaże. Dzień 3

Z Gyula ruszyliśmy do Szeged.



Jak na wakacyjny, sobotni dzień było wyjątkowo opustoszałe a przecież to jedno z największych miast Węgier!

Pospacerowaliśmy trochę po mieście, które zdawało się być w kompletnym remoncie.



Muzeum miejskie także choć całkiem ładną miało fasadę to tylko w połowie nadawało się do zdjęcia.



Największą atrakcją Szeged tego dnia była zdecydowanie neoromańska katedra. Z nią wiąże się historia wielkiej powodzi z 1879 roku po której składki na odbudowę Szeged zbierane były w całej Europie. Odbudowa została przeprowadzona wg nowoczesnych projektów urbanistycznych. Powstały szerokie ulice, promenady i place zaś kościół neoromański z XIX wieku został wybudowany jako wotum, na pamiątkę powodzi. I niewątpliwie jest dziełem wyjątkowym.





















Udaliśmy się też do synagogi, która oczywiście była zamknięta i tylko narobiła smaka, bo z zewnątrz wyglądała całkiem ciekawie.

Zaintrygował nas też meczet znajdujący się w Szeged. Oczywiście można było popatrzeć tylko z zewnątrz. A było na co.











I tak obeszliśmy dookoła ostatni zabytek miasta. Przeszliśmy jeszcze eleganckim deptakiem przez centrum, Aneta naprawiła okulary u optyka (500FT)a Krzysiek kupił nowe pałączki do naszego namiotu, bo niestety ale jeden z nich pękł dość znacznie. Co ciekawe. W Polsce praktycznie niemożliwe jest dostanie pojedynczych odcinków pałączków by wymienić tylko złamany element. Niemożliwe jest także kupno nowych kompletów pałączków by móc korzystać w dalszym ciągu z reszty namiotu. W Polsce jeśli jakiś element pęknie trzeba myśleć o nowym namiocie. Dobrze, ze na Węgrzech nie :) Kupiliśmy 3 pałączki po 500Ft jeden do obecnego namiotu, drugi do namiotu w którym złamał się jeden odcinek pałąka i czeka na reperację i jeden na zapas żeby nie trzeba się było wracać na Węgry jak w Polsce znowu się jakiś odcinek złamie ;)

W drodze do samochodu wybraliśmy się jeszcze na kebaba i trzeba przyznać na Węgrzech też mają niezłe :)

Po Szeged naszym celem była Baja.
Niestety w drodze do Baja rozpadało się.
Znaleźliśmy w Baja nasz kemping nad brzegiem Dunaju, szybka rejestracja:
800Ft z osobę
700Ft za namiot
200Ft opłata klimatyzacyjna
500Ft samochód
Czyli jakieś 22,5zł za osobę.
I pośpieszne rozkładanie namiotów by zdążyć przed deszczem.

Niestety rozlało się na dobre.
Kursując pod parasolem przenieśliśmy wszystkie niezbędne nam rzeczy do altanki i tam spędziliśmy resztę dnia na pogaduchach i biesiadowaniu przy kiełbaskach, tza tzykach na ogórkach od Mamy i różnych rodzajach węgierskiego wina...