Węgierskie wojaże. Dzień 5

Niestety ranek wcale nie przywitał nas ani słońcem ani nawet ciepłem... Co więcej przez większość nocy padało a my zapomnieliśmy o tym że mamy przetarcie w podłodze namiotu po Norwegii i obudziliśmy się w nieco wilgotnych śpiworach. Niezrażeni tym jednak według planu wybraliśmy się do Peczu.

Po drodze mijaliśmy ciągnące się przez całe zbocza winnice osnute poranną mgłą.



Pecz okazał się miastem bardzo malowniczym. Spacerując starówką podziwiać można było barwnie zdobione tureckimi ornamentami kamienice, bo to Turcy przez wiele lat urzędowali w tym mieście.















To oni także wybudowali minaret, kościoły tamtego czasu poprzekształcali w meczety a w kilku miejscach w mieście można spotkać miejsca po starych tureckich łaźniach.



Dla nas oczywiście poza zdobnym klimatem samego miasta największą atrakcją była Katedra Świętych Apostołów Piotra i Pawła. Jest to budowla z 4 wieżami w stylu romańskim, wielka i monumentalna.







Nas podobnie jak w kościele w Szeged uwiodły piękne, wielobarwne malowidła naścienne, którymi był pokryty dokładnie każdy milimetr ścian... Dodatkowo klimat tego miejsca był wzbogacony wygrywaną przez pewnego mężczyznę, jak się później okazało znanego w tym mieście kompozytora, muzyką, która w potędze świątyni brzmiała wyjątkowo wzniośle i dostojnie.

W katedrze zajrzeliśmy także do wczesnochrześcijańskich katakumb z IV w n.e



oraz do części muzealnej, w której wyeksponowane były insygnia i szaty biskupie oraz naczynia liturgiczne.





Po zwiedzeniu katedry trochę zgłodniali udaliśmy się na hamburgery, błądząc uliczkami miasta. Po odrobinie odpoczynku wstąpiliśmy do kościoła który przez większość ludzi jest mylony z meczetem ze względu na półksiężyc widniejący nad dachem. Nie mniej jednak jest to kościół choć dość skromny w swoim wnętrzu.

Zaglądnęliśmy także do synagogi a ta prezentowała się już zdecydowanie lepiej. Co nas zaskoczyło a właściwie kto, bo był to starszy mężczyzna pewnie koło 70, który potrafił nas przywitać i poinstruować odnośnie zwiedzania w języku angielskim. A na koniec umiał nawet pożegnać i życzyć miłego dnia. Było to dla nas dużym zaskoczeniem po tym jak pewnie o połowę albo o przynajmniej jedną trzecią młodsza kobieta na basenie w Gyula nie umiała po angielsku sprzedać nam nawet biletów... Jest to zastanawiające. I dające podstawy do myślenia, że rodowici Węgrzy to zdecydowanie ignoranci językowi.

Synagoga czarowała starym klimatem muzułmańskich modlitw i zdobień. Szkoda tylko, że przewodnik to kilka kartek, mimo ze po angielsku, to niezbyt przystępnego tekstu, który niekoniecznie wciągał i zaciekawiał.











Synagoga była ostatnim naszym punktem w zwiedzaniu Peczu. W drodze do Villany, naszej malowniczej winnej wioski wstąpiliśmy do Tesco, gdzie obłowiliśmy się w różnego rodzaju smakołyki na wieczór.

Region winiarski Villany & Siklos jest to najciekawszym, najbardziej na południe wysuniętym regionem produkcji wina na Węgrzech. Doskonała jakość tamtejszych trunków znana była już od czasu średniowiecza. Pierwsze uprawy winorośli datuje się na czasy rzymskie, duży wpływ na rozwój upraw miały także wydarzenia z okresu następującego po najeździe i okupacji tureckiej.

Gwałtowny rozwój tego regionu zapoczątkowany został jeszcze przed nastąpieniem zmian politycznych z lat 90-tych. Lokalni producenci wina i właściciele winnic zdecydowali się wówczas na wprowadzeni nowoczesnych metod uprawy winorośli, a także rozpoczęli całkowicie pionierską promocję regionu wśród znawców win. Zdecydowany nacisk położyli na polepszenie jakości oferowanych wyrobów oraz zaplecza wytwórczego, jak również starali się zainteresować swą pracą potencjalnych odbiorców. Na efekty tych działań nie trzeba było długo czekać - dziś wina z Villány osiągają najwyższe ceny z win węgierskich.

Dla pospolitego turysty Villany to namiastka śródziemnomorskiego klimatu,









gdzie w przytulnych winniczkach może usiąść zjeść smakowite węgierskie potrawy oraz napić się wyśmienitego wina w cenach wręcz śmiesznych (150-350Ft za kieliszek).
My zawitaliśmy do piwniczki winnicy "Matias", gdzie miło spędziliśmy popołudnie.







Wieczór natomiast spędziliśmy na grilowaniu i świętowaniu imienin Krzyśka.

Prześlij komentarz