Wietnamsko - laotanska petla. Dzien 12 Grobowiec Tu Duc'a

Musząc więc dobrze spożytkować kolejny nie do końca chciany dzień w Hue, ponownie wypożyczyliśmy rowery. Tym razem wyruszyliśmy w stronę cesarskich  grobowców. Tak naprawdę, mimo że jest ich tam całe zagłębie, byliśmy tylko w jednym, ale za to w jednym z najlepszych.

Swoją drogą to nie szkodowali sobie panowie na swoje pałace i grobowce...

Ten, w którym byliśmy, był grobowcem cesarza Tu Duc'a. Cały kompleks grobowcowy powstał już za życia cesarza, by  mógł on się nim cieszyć już za życia, jako miejscem odpoczynku i rozrywki. Wstęp do kompleksu kosztuje 80.000 vnd, a samo zwiedzanie bez zbędnego pośpiechu zajmuje około 2 godzin.

Na terenie kompleksu znajduje się pawilon położony nad jeziorem, przeznaczony do pisania poezji.  Sprawia on wrażenie miejsca cichego i spokojnego, pełnego kontemplacji.



Znajdują się tam oczywiście także świątynie, no i aktualnie także grobowce cesarza i pierwszej żony.








Cały kompleks jest dobrym miejscem do odpoczynku i spacerów w ciszy z dala od klaksonów motorynek :-)

Wracając zatrzymaliśmy się na kawę w przydrożnej niby kawiarni. Tak bardzo sprawdziła się moja karteczka z tłumaczeniem na wietnamski tego, czego dokładnie chcemy. A sytuacja była dość śmieszna, bo leciwa babcia podała kawę po tym, jak nie zrozumiała, że chcemy ją z mlekiem i lodem. Pokazałam więc na kartce, że z mlekiem, po czym babcia poleciała po mleko. Kiedy przyszła ponownie pokazałam, że nadal to nie wszystko, czego oczekujemy pokazując na kartce, że jeszcze z lodem. Babcia więc raz jeszcze obróciła się na pięcie i krusząc lód zawołała - po profesionalist!

Pijąc już kawkę, taką jak chcieliśmy, zauważyliśmy, że suszy się na słońcu kandyzowany imbir. I wtedy z pomocą rozwiązaniu mojej zagwozdki, jak zrobić taki kandyzowany imbir, przyszła druga pani, która gdzieś z tyłu za nami właśnie go robiła. I tak historyjka obrazkowa połączyła się w całość. Najpierw imbir się dokładnie obiera i oczyszcza, później kroi na cienkie plastry. Następnie - tu pewna nie jestem- ale chyba albo się go krótko obgotowuje w woku albo podsmaża na oleju, bo tę opcję widzieliśmy dzień wcześniej jadąc rowerami. A możliwe też, że funkcjonują obie opcje. Kolejnym krokiem jest odlanie wody bądź tłuszczu i obsuszenie go na ogniu w woku.  Po obsuszeniu wsypuje się cukier  i, co było takie niecodzienne do zobaczenia, miesza się imbir z cukrem, oczywiście pałeczkami :-) prawdopodobnie to mieszanie pałeczkami dodaje całego smaku. Później praży się przez chwile imbir z tym cukrem i jednocześnie obsusza. Później już tylko rozkłada się na słońcu  i pozostawia do całkowitego wysuszenia. Jak wyschnie pozostaje tylko delektowanie się przy nim przy kawie czy herbacie. Pychota :-)

Na 17 wróciliśmy na autobus wiozący nas do Hanoi. O dziwo ten autobus był punktualny.

2 komentarze