praga

praga

czwartek, 7 marca 2013

Wietnamsko - laotańska pętla. Dzień 33 Attapu - misateczko w którym nic nie ma...

Z rana zerwaliśmy się żeby zdążyć na jedyny autobus do Wietnamu. Okazało się jednak, że bez wcześniejszej rezerwacji nie ma szansy. Stanęliśmy więc na przystanku dla lokalnych busów z nadzieja, że coś będzie jechać do Attapu - ostatniego miasta przed granicą. Nie pomyliliśmy się. Po kilkunastu minutach zabrał nas jakiś autobus jadący w tamtą stronę.

Dojechaliśmy do Attapu, ale oczywiście wywiózł nas ten autokar gdzieś daleko na zadupie pod miastem. Trzeba więc było wziąć tuk tuka, a że nie mieliśmy drobnych to nas oszukali, bo nie chcieli oddać reszty. Warto więc mieć drobne. Tuk tuk miał nas zawieźć na autobus do Wietnamu. I zawiózł, tylko jak się okazało zawiózł nas na ten sam autobus, który nie wziął nas w Paksongu ze względu na brak miejsc. I tu też nas nie wziął mimo próśb i grzecznościowych gestów w stronę panów kierowców miejsce dla nas się nie znalazło. Musieliśmy więc zostać w Attapu na noc, bo innego autobusu już tego dnia nie było.

Rozgościliśmy się więc w hotelowym pokoju. Żal straconego dnia i ugrzęźnięcia w miejscu, gdzie nic nie ma dawał się jednak we znaki.

Zrobiliśmy rundkę po miasteczku, w którym nic nie było w kilkudziesięciu stopniowym upale.











Po  drodze udało się kupić kawę na wynos, czyli w woreczku i wypić ją w cieniu drzewa nad Mekongiem.


Piwa w knajpie już się kupić nie udało, bo akurat trwała w najlepsze poobiednia sjesta i w knajpach albo spano, albo oglądano tv i wstać podać piwa nikomu się nie chciało.

Doszliśmy po tym wydarzeniu do wniosku, że jednak słusznie Laotańczycy są uznawani za najbardziej leniwy naród na świecie i jednocześnie za ludzi bardzo radosnych i uśmiechniętych. Urzędy, instytucje publiczne, muzea pracują w godzinach 7.30-8 do 14.30-15.30 w tym oczywiście od godziny 11.30 do 13.30 trwa przerwa, podczas której miejsca te są zamykane. Myślę, że wielu Europejczyków gdyby miało 7 godzinny dzień pracy w tym dwie godziny przerwy na obiad i poobiednią sjestę też zapewne byłoby niezwykle uśmiechniętymi i zadowolonymi ludźmi :)

Trochę źli i nadąsani na swoją niemoc, zadupie i żar lejący się z nieba zamknęliśmy się w hotelowym klimatyzowanym pokoju. Wyszliśmy dopiero późnym popołudniem na łowy. Udało nam się upolować smaczne parniki i kanapki, z resztą typowo wietnamskie. Zapadał zmrok, a my zrobiliśmy rundkę dookoła miasteczka, które jakby nagle zaczęło żyć.










Brak komentarzy:

Prześlij komentarz