Wietnamsko- laotańska pętla. Dzień 17 Bac Ha

Około 6 nad ranem dotarliśmy do Lao Cai. Stamtąd chcieliśmy dostać się do Bac Ha. Na peronie oczywiście już czekało mnóstwo panów busiarzy, chcących nas zawieźć, dokąd tylko zechcemy. Jak się jednak okazało, panowie zrobili sobie monopol na podwożenie, bo do dworca autobusowego jest kawałek i śpiewali za przejazd 40 kilometrów jakieś horrendalne ceny. Jeden z panów zaproponował nawet 500.000vnd za przejazd, za który Wietnamczycy płacą 50.000vnd. Mimo grubego targowania stanęło na 150.000 vnd od osoby.

Koło 10 byliśmy już w Bac Ha. Właśnie rozpoczynał się niedzielny market, dla którego to własnie tam przyjechaliśmy. Na ten market zjeżdżają się Kwieciści Hmongowie - mniejszość etniczna zamieszkująca te górskie tereny. Ich stroje są uważane za najładniejsze wśród wszystkich plemion.



























































































































Chodząc zgłodnieliśmy, jednak kuchnia Hmongów zdawała nam się niejadalna. Mieliśmy wrażenie, że wszystko to, co z podrobów nie nadaje się do jedzenia, w ich garnkach właśnie się znajdowało. Przy tym wyglądało i pachniało w sposób, który mocno odstraszał, szczególnie Europejczyków, którzy niekoniecznie są fanami podrobów. Zadowoliliśmy się więc kawą i pączkami z nadzieniem ze wspomnianego żółtego groszku. Mam nadzieję, że do końca wyjazdu uda mi się odkryć cóż to takiego i czy da się to kupić w Polsce.

Krzysiek skusił się na spróbowanie Hmongowych wyrobów alkoholowych. Z wielkiego białego baniaka zakosztował Ruou - kukurydzianego samogonu. I nawet mu posmakował - na tyle, by kupić ćwiartkę za 10.000vnd :-)



Naoglądaliśmy się i na-fotografowaliśmy Hmongów, a nawet udało nam się zakupić kilka rzeczy do naszego Sklepu Włóczykija- :-)

Wypożyczyliśmy też motor i udaliśmy się  dookoła wiosek. Akurat udało nam się wykorzystać słońce, które na zmianę z mgła tworzyło przepiękne widoki na góry i pożniwowe tarasy ryżowe.






















Obserwowaliśmy też Hmongów wracających z bazaru do wiosek i taszczących najróżniejsze rzeczy.









Przy oddawaniu motoru za-bookowaliśmy też bilety do Sa Pa, naszego kolejnego przystanku. Zastanawialiśmy się, czy nie daliśmy się znów naciągnąć, ale obserwując monopol panów busiarzy stwierdziliśmy, że oszczędzimy czasu, targowania i prawdopodobnie pieniędzy  płacąc po 200.000vnd za bilet.

1 komentarz