Wietnamsko - laotańska pętla. Dzień 24 Luang Namtha

W agencji turystycznej wyczytaliśmy, że autobusy do Luang Prabang odjeżdżają rano o 9 i wieczorem tez o 21. Stwierdziliśmy więc, że rano będzie wystarczająco wcześnie, by zabookować bilety na wieczór. Niestety nie wpadliśmy na pomysł, by upewnić się co do autobusu... Wpadliśmy natomiast na pomysł, by samemu pojechać na oddalony o jakieś 10 km od miasta dworzec autobusowy i spróbować samemu zabookować bilety. Niestety jednak nie mieliśmy mapki gdzie ten dworzec się znajduje  i w efekcie nie znaleźliśmy. Wróciliśmy więc do agencji, by zabookować bilety na wieczór jednak okazało się że nie ma takiej możliwości, bo kurs widnieje tylko na rozkładzie jazdy a w rzeczywistością nie kursuje... I tak oto zostaliśmy z tak zwaną ręką w nocniku. Stwierdziliśmy, że wykorzystamy dzień najlepiej jak się da i spróbuje my raz jeszcze znaleźć dworzec.

Zawitaliśmy na  poranny market na śniadanko. Upolowaliśmy na nie sticky rice najważniejszy składnik tutejszej kuchni

i równie popularne grillowane różności z patyczków. Nowym odkryciem były grillowane wątróbki - całkiem smaczne i kiełbaska, która także była nowym smakiem, bo zawierała w sobie kolendrę i uwaga - imbir. Aż normalnie muszę spróbować kiedyś sama taką zrobić.

Najedzeni wybraliśmy się w stronę wodospadu który miał się znajdować nieopodal miasta. I się znajdował, z tym że droga dojazdowa nieco kiepska.



Ale dla chcącego nic trudnego. Dojechaliśmy. Wstęp po 2000 kip  plus 2000 kip za parking dla motoru. Okazało się jednak, że wodospad w porze suchej za szczególny to nie jest - tak naprawdę ledwo strumyk. No ale dobra było milo. Krzysiek w ramach rekonpensaty zrobił sobie upragniony mały treking po dżungli więc większego szczęścia potrzeba już nie było.










Po drodze widzieliśmy panie z kolejnego plemienia, które chodzą w ubraniach koloru indygo więc walor etnologiczny dodał smaku całości wycieczki. Gdyby nie upiorny upał, na który nie do końca byliśmy przygotowani, to pewnie poszlibyśmy dalej w stronę dalszych wiosek, które znajdują się na obszarze parku krajoznawczego, który tam się znajduje.



Tym razem jednak zawróciliśmy do miasta. Ponownie zawitaliśmy na markecie na obiad.




Krzysiek zjadł laotańska odmianę z wietnamskiej zupy Pho - Foe a ja spróbowałam czegoś nowego tzn sticky rice z hmm no właśnie i tu pytanie, co dokładnie to było. Jeśli ktoś interesuje się kuchnią molekularną,  to kojarzy wszelkiego rodzaju kawiory i makarony w najróżniejszych smakach.  To było właśnie coś w tym stylu - miseczka z czymś w rodzaju fasolek o słodkim smaku, z kuleczkami makaronikami i kawiorem. To wszystko zalane jakby mlekiem kokosowym. Muszę przyznać, że w upalny dzień z lepiącym się do rąk sticky ricem smakowało to naprawdę rewelacyjnie.

A propos jeszcze naszego żywienia. To czego najbardziej nie lubię w naszych podróżach to rozregulowania naszego żywienia. Podróże niestety wiążą się z rzadszymi, ale za to obfitszymi posiłkami tak więc stały domowy system wielu małych posiłków upada całkowicie. Dodatkowo często są to posiłki wieczorne, z których zwykłam nie rozgrzeszać nie tylko siebie, ale i swojej rodziny :-). Do tego niestety dochodzi fakt, iż jemy podobna ilość, bo posiłki są o podobnej wielkości. Moją skłonność do słodkości Krzysiek próbuje uzupełniać piwkiem, ale na nic się to zdaje, bo i tak zawsze to ja zawsze wracam okrąglejsza o kilka centymetrów, natomiast jemu ich zazwyczaj brakuje... Ale cóż zrobić, kiedy tyle nowych smaków, które chciałoby się spróbować, by po powrocie je odtworzyć? Nie ma rady. Trzeba spokojnie luzować spodnie i dalej się zachwycać smakami podróży a o zbędne centymetry trzeba będzie zatroszczyć się po powrocie.

Zaglądnęliśmy także na wzgórze, na którym znajduje się wielka, złota stupa. Sama stupa wewnątrz nie jest szczególna.


 Robi natomiast wrażenie a zewnątrz.
 



No i jej otoczenie, w którym znajduje się wielki śpiący Budda



oraz posągi Buddy przedstawiające wszystkie mudry, czyli gesty dłoni, które są wykonywane przez buddystów do obudzenia pewnego stanu umysłu.









Ze wzgórza jest też okazja na zrobienie malej panoramy miasta, tylko trzeba trafić na dobrą przejrzystość powietrza.



I znów jeden powie szczęście drugi zaś Opatrzność. Wróciliśmy do hotelu, oddaliśmy motor i zabraliśmy plecaki. Na ulicy złapaliśmy tuk tuka na dworzec autobusowy. Kiedy przyjechaliśmy na chybił trafił z nadzieja, że wieczorem coś będzie jechać w naszym kierunku, okazało się, że jedyny autobus do Luang Prabang właśnie zaraz rusza...
Prześlij komentarz