Węgierskie wojaże. Dzień 10

Niestety był to ostatni dzień naszej objazdówki po Węgrzech. Zebraliśmy się z rana, ja z Krzyśkiem poszłam na najlepszego langosza z serem i śmiętaną na terenie basenów i pojechaliśmy na zakupy do Tesco, które pozostawię bez komentarza... ;)

Po drodze jeszcze zahaczyliśmy o Tokaj. Trochę po to by odwiedzić Tokajską starówkę a trochę po to by rozglądnąć się za baniaczkiem Muszkatoly dla Taty.

Tokajska starówka kojarzy się sentymentalnie- przynajmniej mi, z wymianą z gimnazjum. Miło było raz jeszcze po niej po krążyć.











Znaleźliśmy także słynne Rakoczi Pince. Nie zdecydowałyśmy się jednak by wejść do środka, bo raz że bilety wcale ni były zbytnio tanie, bo prawie 3000Ft z racji tego, że tylko ja z Anetą mogłabym je zwiedzić, bo chłopaki prowadzili. Zdecydowaliśmy, że wybierzemy się tam innym razem kiedy nie będzie potrzeby by jechać dalej.



Uchwyciliśmy kilka klimatycznych miejsc i ruszyliśmy dalej w drogę. Po drodze kupiliśmy jeszcze 2 litry wina dla Taty- było to najdroższe wino jakie kupiliśmy, ale za to sprzedane w najbardziej wyjątkowej oprawie, bo w prywatnej piwniczce i o najlepszym smaku. Jadąc łapaliśmy jeszcze spojrzeniami winnicowe krajobrazy i trochę z żalem odjeżdżaliśmy ku Słowackiej granicy.











3 komentarze