praga

praga

środa, 7 września 2011

Węgierskie wojaże. Dzień 8 i 9

Po dwóch noclegach w Tiszakecke przyszedł czas by je opuścić. Był ambitny plan by rano wstać i jeszcze pójść na termy, ale raczej pochmurna poranna pogoda skutecznie od tego nas odwiodła. Ruszyliśmy w stronę Egeru a dokładniej do miejscowości Bogacs. Była to jednak najgorsza droga jaką mieliśmy okazję jechać przez Węgry...

Gorąco przestrzegam przed drogą prowadzącą z Tiszakecke do Bogacs'a- prowadzi przez szczere pola i jest tak dziurawa, że nie ma opcji ominąć jednej dziury, bo wpada się w drugą a w efekcie niezbyt długi dystans pokonuje się w horrendalnie długim czasie.
Jedyny plus jaki znaleźliśmy podczas tej morderczej przeprawy przez dziury to piękne łany słoneczników przy których zatrzymaliśmy się na chwilę, by odpocząć od jazdy po dziurach.





Kiedy dotarliśmy do Bogacs'a byliśmy tak zmordowani drogą a do tego jeszcze zaczęło padać...

Tym razem także zakotwiczyliśmy na przy basenowym kempingu. Ceny wyższe niż w Tiszakecke, ale także przyzwoite zważywszy, ze wraz z wstępem na baseny.

1600Ft za osobę
300Ft samochód
170Ft za osobę podatki
niestety nie pamiętam ile wynosiła opłata za namiot ale ok. 1000Ft.
Całkowita cena więc przyzwoita bo ok 28zł za osobę.

Kemping z resztą jak cały obiekt jest zmodernizowany i świeżo wyremontowany. Standard więc jest naprawdę dobry. Jedyny minus to to, że tam także jest dość tłoczno.

Po przyjeździe zanim się rozpadało udało nam się rozbić namioty i zrobić jajecznicę na boczku a nawet ją zjeść. Później czekając aż przestanie padać planowaliśmy dzień kolejny, który zapowiadał się całkiem miło.

Kiedy deszcz ustąpił z Krzyśkiem udaliśmy się w poszukiwaniu sklepu a Karol z Anetą poszli się pomoczyć. Nie udało nam się jednak nic znaleźć. Na wieczór musiał wystarczyć szampan, którego kupiliśmy dla spróbowania w Tiszakecke. Okazał się jednak wyśmienity aż do tego stopnia, że chyba wrócimy na Węgry by kupić go na wesele ;)

Piątkowy poranek przywitał całkiem ładną pogodą. Plan był taki, że Karol z Anetą zostają na basenach a my ruszamy na podbój pobliskich okolic.






Najpierw ruszyliśmy więc w stronę najwyższego szczytu górskiego na Węgrzech. Jak się okazało góry nie są najmocniejszą stroną Węgier. Kekesz ma zaledwie 1014 m.n.p.m. i można wyjechać na jego szczyt samochodem albo kolejką linową w sezonie zimowym.



Na jego szczycie mieści się wieża radiowo- telewizyjna.



Z niej przy ładnej pogodzie można pooglądać panoramę ze wszech stron na pobliskie (pa)górki i miasteczka. Wjazd na górę oczywiście płatny - nie jestem pewna czy dobrze pamiętam, ale chyba 400Ft. My niestety nie mieliśmy okazji pooglądać tych widoków, bo z rana mgła obtulała wszystko.







Wewnątrz wieży jest także kawiarenka w której można wypić kawę i pooglądać widoki (choć szyby temu nie sprzyjają) oraz popodziwiać podobno największą na świecie kolekcję "małpek" znaczy malutkich buteleczek z i po alkoholach. Przyznać trzeba kolekcja jest imponująca, gdyby jednak znacznie uzupełnić ją o wyroby Polskie znacznie zyskałaby na objętości...









Po Kekeszu kolejnym celem podróży była twierdza Sirok a właściwie jej ruiny. Nie mniej z zamkowego wzgórza widoki na pobliskie winnice i miasteczko szczególnie z jej okna były wyjątkowo piękne i upajały smakiem Węgier.











Z Sirok pojechaliśmy do Egeru.



W jednej z klimatycznych kawiarenek na Egerskiej starówce zatrzymaliśmy się na kawę i lody. Choć dostałam nie to co zamówiłam wyjątkowo miło było spoglądać z góry na starówkę przez kawiarniane okno.











Resztę popołudnia spędziliśmy jak to my: włócząc się po mieście, spacerując wąskimi uliczkami, zaglądając do kościołów,











przyglądając się pomnikom,





zahaczając o minaret



i odwiedzając sklepy w poszukiwaniu potencjalnych suvenirów...

Wieczór jak zwykle przyniósł deszcz. Nie przeszkadzało to jednak nic a nic w wieczornych kąpielach. Było nawet w tych chwilach sporo wyjątkowości kiedy siedzieliśmy sami w basenie w deszczu w świetle pobliskich lamp i niewiele bardziej odległych gwiazd... Mimo, iż jeden z basenów był zadaszony nie zamieniliśmy tych wyjątkowych, bo naszych chwil.

2 komentarze:

  1. Hej Włóczykije, bardzo fajnie wyglądacie w tych słonecznikach :) A kamienny mur to wygląda normalnie jak kawałek irlandzkiego zamku.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki :) Te ruiny to jakiejś średniowiecznej twierdzy. Niestety węgierska informacja turystyczna jest bardzo kiepska albo nie ma jej wcale. Mało który obiekt ma jakąś tablice z historią a żeby w języku np. angielskim to już w ogóle nie ma opcji. Szkoda, bo samo obejrzenie ruin to trochę za mało a z jakąś ciekawą informacją dawało by to zupełnie inne spojrzenie na obiekt.

    OdpowiedzUsuń