praga

praga

czwartek, 14 października 2010

Norweski dziennik namiotowy. Dzień 6

Dzień zaczął się od obiecanego spaceru na pobliską górę, piętrzącą się za domem. Niestety ranek był mglisty i wyższe partie góry ukryte były we mgle. Wyszliśmy więc tylko kawałek do miejsca z którego był najlepszy widok na Sorgetlett.

Po spacerze zostaliśmy zaproszeni na śniadanie i poczęstowani- „czym chata bogata”. U naszego norweskiego znajomego po raz pierwszy podczas wyprawy mieliśmy okazję napić się dobrze zaparzonej kawy w dowolnej ilości, bo niestety, ale w meneżce kawa parzyła się kiepsko a i jej ilość była ograniczona. Ken-Tore natomiast nie reagował na nasze „dziękuję w sumie już wystarczy” i z uśmiechem dolewał kolejne filiżanki kawy mówiąc „It’s the same price”

Po śniadaniu ruszyliśmy z Ken-Tore i Jourganem na obiecane dzień wcześniej wędkowanie. Zabraliśmy sprzęt i ruszyliśmy w stronę przystani. Jak na taką małą wioskę w przystani stało całkiem sporo łodzi. Jedna z nich należała jeszcze do dziadka Ken-Tore i nazywała się Solglimt. To właśnie nią ruszyliśmy na wycieczkę po fiordzie.


Wędkując na fjordzie uświadomiliśmy sobie, że kiedy planowaliśmy wyprawę do Norwegii to takim marzeniem było żeby właśnie popłynąć łódką żeby sobie połowić gdzieś na fjordzie. I wniosek nasz z tej rybackiej wyprawy był prosty „Dreams come true”. Po raz kolejny.

Po jakiś 2 godzinach na łodzi niestety nic nie złowiliśmy. Każdy kto słyszał później o tym, że na 3 wędki nic nie złowiliśmy będąc na fjordzie po prostu nie wierzył, nam jednak to zupełnie nie przeszkadzało. Sama przygoda takiej wycieczki na ryby była dla nas wystarczająca.

Mimo tego, że na obiad nie udało się nic złowić, zostaliśmy na niego zaproszeni. Kuchnia serwowała placuszki rybne z ziemniakami w mundurkach i surówkowymi dodatkami. Zjedliśmy więc obiad w miłym towarzystwie, raz jeszcze zostaliśmy poczęstowani dużą porcją kawy i przyszedł czas by się pożegnać i ruszyć dalej w trasę.

Miła była bardzo ze strony Ken-Tore jego gościnność, otwartość i ciekawość nas i Polski. Jednocześnie była to okazja dla nas, by poznać Norwegię i Norwegów- ich zwyczaje, myślenie i życie takie trochę od kuchni.

Kiedy w końcu po wielu pożegnaniach wyruszyliśmy w dalszą trasę pogoda była nie najlepsza. Trochę padało a gęste chmury nie wróżyły poprawy pogody. Staliśmy jednak cierpliwie łapiąc stopa. Najpierw podwiozła nas młoda dziewczyna. Niestety niezbyt daleko bo jakieś 4km. Później po godzinie łapania zatrzymała się dla nas para młodych ludzi co się okazało Norweg i Brazylijka. Podwieźli nas również niezbyt daleko, bo jakieś 30km, ale za to w wyjątkowo piękne miejsce. Było to wzgórze otoczone górami z jeden ze stron a z drugiej w dole rozciągał się piękny widok na fjord z wieloma malowniczymi wysepkami oraz oddalonymi, pokrytymi śniegiem szczytami gór.

Nie udało się już tego dnia złapać dalszego stopa, ale za to rozbiliśmy się w pięknym miejscu z nadzieją na wyjątkowe z zdjęcia…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz