praga

praga

piątek, 22 października 2010

Norweski dziennik namiotowy. Dzień 13

Jednak miejsce na wzgórzu okazało się nie najlepsze. W nocy zerwał się bardzo silny wiatr i duł prosto w jedną ze ścian namiotu, pod czym ściana zginała się. Dodatkowo zaczął padać deszcz a całe leśne wzgórze, na którym się rozbiliśmy, było porośnięte głębokim mchem tak więc rano przypuszczalnie zapadalibyśmy się w mokrym mchu po łydki. Trochę więc spanikowałam i zarządziłam ewakuację ze wzgórza. Biedny wyrwany ze snu Krzysiek nie do końca wiedział co się dzieje, ale taki na pół śpiący pomógł mi spakować plecaki i znieśliśmy namiot w miejsce może nie tak malownicze, ale za to całkiem spokojne. I jak już położyliśmy się to słyszałam jak wiatr wzmaga się i śmiga przez pobliskie wzgórze i byłam naprawdę szczęśliwa, że już nas tam nie ma.
Rano zebraliśmy się i ustawiliśmy się w miejscu gdzie wysadził nas starszy wiking.

Po 1,5h zabrała nas para Australijczyków, którzy stwierdzili, że Polacy i Czesi lubią przygodę bardziej niż inne narody, bo podróżując ludzie których biorą na stopa są właściwie tylko z tych państw. A ja tak myślę, że ludzie z tych państw owszem lubią przygodę, ale głównym powodem wyboru ich trybu podróży raczej są finanse, które nie pozwalają im na inny sposób podróżowania, ale tego już Australijczykom nie tłumaczyliśmy. Wysadzili nas w Baqllangen.

W Ballangen w Rema 1000 uzupełniliśmy zapasy żywnościowe:
fasolka w sosie pomidorowym x2 (9Nok)+ przepyszna wręcz ją uwielbiałam,



dżem malinowy (14Nok) i ser (52Nok=.



Po zakupach stop na którego czekaliśmy jakieś 2h. Na szczęście starszy pan, który nas zabrał jechał do Fauske – miejsca które obraliśmy za minimalny punkt docelowy dnia. Starszy pan potraktował nas jako swoich gości i zafundował nam przeprawę promem, dzięki czemu zaoszczędziliśmy jakieś 100Nok.

W Fauske znaleźliśmy niezbyt malowniczy nocleg, bo na obrzeżach terenu jakiejś firmy, ale w miasteczkach ciężko znaleźć jakiś fajny nocleg.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz