Norweski dziennik namiotowy. Dzień 5

Z naszego pięknego obozu zebraliśmy się z rana i pieszo ruszyliśmy w stronę Tromso. Na szczęście udało nam się złapać po drodzę jednego pana, który był tak miły, że podwiózł nas pod samą informację turystyczną (IT).

W biurze IT udało nam się zostawić bagaże, dzięki czemu mogliśmy swobodnie ruszyć na zwiedzanie miasta. Udało się też zostawić tam do naładowania baterie i pozyskać mapkę i niezbędne info.

Z IT udaliśmy się pieszo do ogrodu arktycznego zwiedzając po drodze malownicze uliczki Tromso.






Nie mogąc zdecydować się którą uliczką iść zapytaliśmy pewnego mężczyznę, naprawiającego samochód w ogródku. Mężczyzna stwierdził, że musi wypróbować samochód i żebyśmy wsiadali to nas podwiezie. I tak w mgnieniu oka znaleźliśmy się w ogrodzie arktycznym.


Sam ogród to miejsce ładne i zapewne warte zobaczenia, ale nie na początku lipca. Dopiero spacerując po nieco opustoszałym ogrodzie przypomnieliśmy sobie słowa kobiety, która wiozła nas do Tromso i która opowiadała nam, ze 2tygodnie wcześniej leżał jeszcze w tamtych okolicach śnieg. Zupełnie zapomnieliśmy, że przecież na północy okres wegetacyjny roślin jest dużo późniejszy. Ale był to miły spacer tylko, że okazał się kosztowny w powrocie, bo za autobus do centrum zapłaciliśmy po 26Nok. (!)





Z centrum udaliśmy się do Polarii (po 70Nok), czyli centrum arktycznego (C-centrum A-arktyczne P-polaria). W CAPbardzo podobał nam się film o Svalbardzie. Naprawdę zrobiony był rewelacyjnie i miało się wrażenie jak by się tam człowiek znajdował. W centrum było też sporo innych atrakcji- stymulator zorzy polarnej, basen z fokami oraz fauną i florą fjordów oraz liczne wystawy. Spędziliśmy tam sporo czasu, ale był to czas spędzony ciekawie i miło.

Po CAP szybkie zakupy w SPAR: chleb (15Nok) i ser (65Nok).

Po zakupach zabraliśmy bagaże z IT, bo czynna była tylko do 18 i poszliśmy do kościoła. Kościół w Tromso to najdalej na północ wysunięty kościół katolicki. Msza oczywiście była po Norwesku no ale no.





Po kościele przeszliśmy przez jeden z dwóch mostów łączących miasto ze stałym lądem i na wylocie z mostu i zarazem miasta zaczęliśmy łapać stopa. I mieliśmy wielkie szczęście. Zatrzymał się dla nas mężczyzna z synkiem. Przyszli do nas z pobliskiej stacji benzynowej, gdzie zatrzymali się po hot-doga dla młodego.

Nasza znajomość zaczęła się ciekawie- od pamiątkowego zdjęcia z chłopcem i hot-dogiem.


W drodze okazało się, że z tym mężczyzną możemy przejechać całkiem długi odcinek i tak znaleźliśmy się jakieś 180km od Alty.

Po drodze mężczyzna częstował nas czym miał między innymi owczą szynką. Pierwszy raz jedliśmy taki wynalazek, ale trzeba przyznać- rarytas. W rozmowie zaproponował także nocleg u siebie w ogrodzie. Z racji tego, że miejsca mieliśmy dopiero szukać po dotarciu przyjęliśmy jego propozycję. Jednak to nie wszystko. Po przyjeździe udostępnił nam swoją łazienkę, pozwolił naładować baterie i zaprosił żeby posiedzieć z nim i jego znajomą przy piwku. Zaproponował też atrakcje na następny dzień: spacer w góry z widokiem na wioskę, śniadanie i łowienie z łódki na fjordzie. Byliśmy zachwyceni jego gościnnością i otwartością i z ciekawością dnia kolejnego poszliśmy spać.
Prześlij komentarz