praga

praga

poniedziałek, 18 października 2010

Norweski dziennik namiotowy. Dzień 12

W nocy obok naszego namiotu rozbili się 2 goście, co się okazało- Polacy. Stwierdzili, ze mają za dużo bagażu, a dokładniej słodyczy. Dostaliśmy więc dwa opakowania norweskich czekoladek marcepanowych.

Po śniadaniu nasz ulubiony stop.









Tego dnia celem był Narvik i udało się do niego dostać dość szybko. W mieście udaliśmy się do informacji turystycznej po mapki i przewodniki. Zostawiliśmy też do naładowania baterie do aparatu, telefon i bagaże w biurze. Wolni od ciężaru ruszyliśmy w miasto.





Odwiedziliśmy muzeum wojenne (2x40Nok). Było bardzo bogate w eksponaty, ale jak dla mnie średnio ciekawe w przekazie. Nawet był wydrukowany przewodnik po Polsku z racji tego, że Polacy brali udział w bitwie o Narvik, ale kilkanaście stron drobnego maczku średnio zachęcało do czytania.









Z racji niedzieli stwierdziliśmy, że zrobimy sobie święto i wybierzemy się gdzieś na dobrą kawę. I tak oto znaleźliśmy się w kebabie usytuowanym w samiuśkim centrum miasta. Kebab był oszklonym, stylowanym na norweską prawie kawiarenkę miejscem z którego można było obserwować powolne, niedzielne życie miasta.



Po kawie ruszyliśmy na spacer po mieście. Pospacerowaliśmy małymi uliczkami i wyszliśmy na jeden z punktów widokowych, z którego roztaczał się widok na miasto i okolicę.







Po spacerze zabraliśmy bagaże z IT i usiedliśmy na niewielkim placu w centrum miasta, na którym spędziliśmy jakieś 1,5godziny objadając się kanapkami i studiując mapę.
Na 19 poszliśmy do kościoła. To ciekawe odczucie kiedy w kościele jest 9 osób: 5 Polaków, 3 murzynów i ksiądz.

Tego dnia pozostało nam jeszcze wydostanie się z miasta. Niestety na wyjeździe z miasta był tunel, którego pieszo można było ominąć, ale tylko okrężną drogą. Nie mogąc nic złapać ruszyliśmy więc tą właśnie okrężną drogą. I tam na od czasu do czasu jadące samochody również machaliśmy i w ten sposób zatrzymał się dla nas starszy wiking. Podwiózł nas jakieś 25km i przejechał specjalnie kilka kilometrów dalej byśmy mieli dobre miejsce do łapania stopa a jak wysiadaliśmy to jeszcze dostaliśmy po puszce pepsi max :)

Ta niedziela była jednak w pełni rozpustna- marcepanowe czekoladki, kawa, pepsi…
Miejsce na nocleg znaleźliśmy na wzgórzu w lesie. Pełno było tam komarów, ale widok miedzy drzewami był piękny ocean, góry i przebijające się przez chmury słońce…





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz