Norweski dziennik namiotowy. Dzień 11

Rano chillout z pięknym słońcem- kąpiel, pranie, śniadanie, suszenie, zakupy (parówki 23Nok, chleb- 2x5,5Nok).Później stop.







To był kiepski dzień na stopa. Żeby znaleźć sensowne miejsce, żeby móc się ustawić, musieliśmy przejść ładne kilka kilometrów pod górę i na dodatek zaczął padać deszcz. Po 1,5h zabrał nas wojskowy Norweg, który podwiózł nas do Bardufoss. Z Bardufoss podwieźli nas jakieś młodziaki i wysadzili w miejscu gdzie znowy był problem ze złapaniem czegokolwiek i trochę zmarznięci po godzinie czekania ruszyliśmy piechotą przed siebie.

I tak szliśmy przez las, który ciągnął się w nieskończoność. Na szczęście przy skręcie na Moen był przystanek, na którym stanęliśmy i po kilku minutach zabrał nas Norweg- bardzo gadatliwy, ale sympatyczny. On zawiózł nas do Bjorwiku. Tam w miarę szybko, bo w deszczu znaleźliśmy miejsce na namiot- skraj skarpy i lasku w pobliżu rzeki. Może nie było to jakieś szczególnie malownicze miejsce, ale bezpieczne i dające schronienie od ciągle padającego deszczu.



Niestety okazało się, ze wyjazd nie obędzie się bez strat, Krzysiek zgubił aparat. Wielka to strata, bo była tam większość zdjęć z Nordkappu. Zostało jedynie troszkę zdjęć z mojego, ale lepsze to niż nic. Dobre jedynie było to, że na Nordkappie zmieniał kartę i cała zapełniona karta z poprzednich dni nie zginęła. Dobrze też, że nie skusiliśmy się na wejście na stację Nordkapp po zdjęcia przy globusie, bo gdyby wcięło nam te 470Nok i zginęły by one razem z aparatem to chyba byśmy tego nie przeżyli.
Prześlij komentarz