Norweski dziennik namiotowy. Dzień 17

Dzień jak co dzień się rozpoczął od śniadania, ale nie byle jakiego, bo tym razem była to wołowina przyprawiona przyprawą do gyrosa. Jakie to było pyszne! Niebo w gębie, szczególnie zestawiając z parówkami.





Idąc w stronę E6 zaopatrzyliśmy się w chleb (11Nok). Miejsce w którym znaleźliśmy się na drodze E6 było kiepskie, ale podeszła do nas kobieta i powiedziała, zebyśmy próbowali łapać a jak nie to za chwilę przyjedzie jej mąż i podwiozą nas kawałek- i tak też się stało. Podwieźli nas ładne kilka kilometrów i wysadzili w bardzo dobrym miejscu, a na koniec jeszcze po norweskiej truskawce dostaliśmy :)

Przy rondzie przy którym nas wysadzili szybko zatrzymała się dla nas rodzina Norwegów i podwiozła nas jakieś 85km po czym jakiś mężczyzna podwiózł nas już do samego Oppdal.
Z Oppdal do naszego celu nie było już daleko a że szczęście i tego dnia się do nas uśmiechało to następny mężczyzna, który się dla nas zatrzymał podwiózł nas do naszego celu.

Mężczyzna, który dowiózł nas do celu opowiedział nam trochę swojej historii. Zdradził, że zawsze bierze stopowiczów, bo sam kiedyś podróżował stopem dookoła Europy i wie jak to jest czekać kiedy nikt się nie zatrzymuje. Hmmm my też już wiemy i chyba też będziemy się zatrzymywać dla stopowiczów...

I tak dotarwszy do Dovrefjell National Park ruszyliśmy na górską wycieczkę, której celem była Snohetta.



Z racji tego, że na szlak ruszyliśmy późnym popołudniem jeszcze w niewielkiej partii lasu, składającego się właściwie z samej brzozy karłowatej zaczęsliśmy się rozglądać za noclegiem. Znalazł się po zboczeniu ze szlaku, jakieś kilkanaście metrów od ścieżki.



Było to niezwykle urokliwe miejsce pełne tych pokręconych brzózek, kwitnących leśnych kwiatuszków, zieleni i pobliskim strumieniem...

Prześlij komentarz