praga

praga

poniedziałek, 20 września 2010

Norweski dziennik namiotowy. Dzień 3

Około godziny 9 wysiedliśmy w Bodo. Przespacerowaliśmy się po porcie i ruszyliśmy w stronę drogi wylotowej z Bodo.



Tam ustawiliśmy się na zatoczce autobusowej i po niespełna kilku minutach łapania stopa zatrzymał się dla nas starszy Norweg , który podwiózł nas do Fauske. Z Fauske zwinął nas młody „wiking”, jak go nazwaliśmy. Mieliśmy wielkie szczęście, że się dla nas zatrzymał, bo jechał bardzo daleko i bardzo długo tą samą drogą, co i my. Spędziliśmy z nim jakieś 7,5h i zawiózł nas jakieś 100km za Narwik.

Nasz Wikingie był typowym Norwegiem: dość wysoki, dobrze zbudowany, rudo-blądne włosy, zarost- typowe cechy norweskich mężczyzn. Cechą Norwegów, już nie zewnętrzną, jest ich życzliwość.

Na trasie drogi z Wikingiem czekała nas przeprawa promowa. Koszt promu za pasażera to w zależności od miejsca przeprawy 25-65 Nok, przynajmniej z tych przepraw, które my po drodze pokonaliśmy. Kiedy przyszło do płacenia biletów Wiking powiedział, że to nie problem, żebyśmy sobie tym nie zawracali głowy i zapłacił dla nas. Uznał nas za swoich „gości”, co było dla nas pierwszym zetknięciem z wielką norweską życzliwością.





Wiking wysadził nas w Bardu, małej wiosce, w której strasznie trudno było złapać nam stopa a i o miejsce dla namiotu na nocleg było ciężko. Przeszliśmy więc kilka kilometrów i w efekcie znaleźliśmy całkiem ładne miejsce na nocleg.



Było co prawda na wzgórzu obok głównej drogi E6, ale mieliśmy zarówno piękne widoki jak i „bieżącą” wodę w strumieniu nieopodal namiotu. To właśnie przy okazji tego noclegu doświadczyliśmy pierwszego :D lodowatego prysznicu w lodowatym górskim strumieniu. Odczucie zimna wody trzeba przyznać niezapomniane…

Na szczęście okazało się, że nasza zielona herbata z jaśminem całkiem nieźle komponuje się z Beefeaterem, który doskonale rozgrzewa po takich orzeźwiających kąpielach.