praga

praga

poniedziałek, 10 maja 2010

Wspomnienie minionych wakacji- Czarnohora 2009

Wspaniały czas jest teraz kiedy to można z sentymentem wspomnieć minione wakacje, jednocześnie z nadzieją i niecierpliwością wyczekując i planując kolejną wyprawę…

Zeszłoroczne wakacje minęły w klimacie naszych wschodnich sąsiadów, lecz na zachodzie ich kraju. Dokładniej była to Zachodnia Ukraina, najwyższe pasmo górskie karpatów ukraińskich – Czarnohora.

Nasza 3 osobowa ekipa w składzie: Ania, Krzysiek, Jadzia w nocy z 25/26 lipca wyruszyła na 7dniowy podbój Karpat zza wschodniej granicy.

Podróż zaczęliśmy na Dworcu Centralnym nocnym pociągiem relacji Warszawa- Przemyśl. Nocny pociąg to rewelacyjne rozwiązanie dla osób które mają dobry sen bez względu na warunki panujące dookoła ;) I tak z Wa-wy dotarliśmy do Łańcuta, gdzie wczesnym rankiem zwiedziliśmy Łańcucką Farę, zjedliśmy śniadanko i samochodem dotarliśmy na przejście graniczne Przemyśl Medyka.

Przed granicą, jeszcze po Polskiej stronie wymieniliśmy pieniądze – na 7 dni oszacowaliśmy, że potrzebujemy 40$ i 160 UAH czyli w sumie 200zł. Warto przy wymienianiu prosić o to by pieniądze były jak najmniejszych nominałów, zaoszczędzi to w podróży ewentualnych kłopotów związanych z brakiem drobnych. Co ciekawe – przy granicy kursy wymiany były zdecydowanie korzystniejsze niż warszawskich w kantorach.

Zaopatrzeni w odpowiednią walutę skierowaliśmy się do pieszego przejścia granicznego. Na szczęście w niedzielne przedpołudnie ruch „mrówek” na granicy jest niewielki. Przejście po polskiej stronie ograniczyło się do formalności sprawdzenia paszportu zaś po stronie ukraińskiej po kilku pytaniach gdzie się wybieramy, sprawdzeniu paszportu i wypełnieniu specjalnej karteczki na której wpisuje się swoje dane, adres miejsca docelowego, deklarowaną liczbę dni pobytu oraz cel wyprawy przepuszczono nas przez granicę. Połowę owej karteczki którą się wypełnia zostawia się pani na granicy drugą część natomiast zostaje dla nas i oddaje się ją powracając- warto więc jej nie zgubić.

Po przejściu kontroli paszportowej udaliśmy się na dworzec PKS który jest jakieś 10-15 min drogi od bramki pieszego przejścia granicznego. Stamtąd autobusem za 16 UAH udaliśmy się do Lwowa.

Po jakiś 2-2,5h znaleźliśmy się na dworcu podmiejskim we Lwowie. Z racji tego, że do autobusu było sporo czasu zdążyliśmy zakosztować klimatu Lwowskich szaletów, zwiedzić gmach dworca kolejowego, posilić się i przyglądnąć nieco odmiennemu stylowi życia ludzi.

Następny etap podróży to Lwów- Ivano Frankivsk, czyli kolejne 2-3h podróży. Na miejscu spotkaliśmy się z wielką życzliwością ludzi, dokładniej kierowców autobusów na dworcu, których spytaliśmy o drogę. Ku naszemu zdziwieniu wioska do której mieliśmy dotrzeć w ogóle nie była im znana i o zgrozo mieli problemy, żeby wskazać nam jak tam dotrzeć. Po dłuższych naradach i konsultacjach na całym dworcu nasz kierowca powiedział, że najlepiej jechać do Werhowyny i wszystko byłoby dobrze gdyby na nasze pytanie – kiedy jest najbliższy autobus nie odpowiedział, że jutro rano albo, że właśnie… odjeżdża… i właśnie w momencie kiedy załapał, że ten autobus naprawdę odjeżdża krzyknął na innych kierowców i zatrzymali go dla nas. Gdyby nie ich pomoc chyba musielibyśmy rozglądać się za nieplanowanym noclegiem… Ale udało się.

Zrodził się jednak nowy problem. Robiło się ciemno a nam został jeszcze spory kawałek drogi do celu i wyjście w górę na miejsce noclegu… Gdy dotarliśmy do Werhowyny było już dawno po zachodzie słońca, albo właściwie można śmiało powiedzieć była noc. Na szczęście na przystanku stała taksówka po ukraińsku zwana „marszrutką”. Na Ukrainie taksówki są na szczęście nie drogie. Podróż marszrutką była naprawdę ciekawą i ekscytującą przygodą… Ukraińskie, wiejskie drogi a bynajmniej te, którymi wtedy jechaliśmy są w stanie masakrycznym, są dodatkowo tak wąskie, że gdyby trzeba się na nich wyminąć to chyba był by problem, i są nie oświetlone… jechaliśmy z sercem w gardle i do Bystrieca dotarliśmy tuż przed północą… czekało nas wyjście w góry by dotrzeć do chaty Kuby miejsca naszego stacjonowania przez cały pobyt. Na szczęście okazało się że taksówkarz, który nas wiózł znał Kubę i wyprowadził nas na dróżkę prowadzącą do chaty.

Idąc za dróżką, według wcześniejszych opisów Kuby dotarliśmy do polany. I właśnie tam zrodziło się pytanie- gdzie dalej?! Przed nami był lat, ścieżka którą szliśmy ginęła gdzieś w trawie, nasze olbrzymie plecaki po całym dniu ich tachania dawały się już mocno we znaki, ale za to noc była piękna… i właśnie w tą piękna noc pomyślałam sobie ”Boże co ja tu robie?! W środku lasu, w jakiejś głębokiej Ukrainie z wszystkimi wilkami i innymi zwierzakami dookoła…” I chyba nie tylko ja tak myślałam ;) To był punkt kryzysowy tego dnia. Na szczęście udało się go pokonać. Krzyś z naszą jedyną, niewielką latarką jak prawdziwy przywódca poszedł szukać ścieżki. Po chwilach trwających wieczność wrócił mówiąc, że jakaś ścieżka jest i prowadzi do lasu… Pełni obaw o właściwą drogę ruszyliśmy do góry. Ścieżka wiodąca przez las okazała się stromym podejściem, na szczęście wyraźnie znaczyła szlak. Napotkały nas jednak nowe przeciwności. Ania która nie dawno miała złapany bark nie dawała już rady z plecakiem. Postanowiliśmy więc, że zostawimy plecak w lesie i Krzyś zejdzie po niego po tym jak zostawi swój w chacie.

Po jakimś czasie dostrzegliśmy wyjście z lasu i przed nami rozpostarła się oświetlona księżycem olbrzymia łąka a w oddali obiecane światło w oknie chaty… Do dziś mam w głowie bardzo wyraźny obraz tej księżycowej łąki z tym małym światełkiem… Pamiętam jaka była nasza radość jej :D

Resztką sił przeprawiliśmy się przez łąkę i o godzinie 1:27 dotarliśmy do chaty. Krzyś wrócił po plecak a my z Anią trochę zmarznięte i przemoczone wypiłyśmy gorącą herbatę przygotowaną przez Kubę. Dziś jeszcze pamiętam jaka magiczna wydała mi się chata kiedy do niej dotarliśmy. Kiedy Krzyś wrócił z plecakiem rozłożyliśmy się w kuchni na ławach i szybko usnęliśmy.


Dzień 2

Nieocenione było uczucie kiedy rano podniosłam się na tej kuchennej ławie, w tej magicznej chacie i pierwsze co zobaczyłam to widok przez okno słońca na górami…

Ten dzień minął na rozpoznaniu terenu.

Zawitaliśmy do teściowej wójta. Jej chata jest taką klasyczną huculska chatą. Bardzo miłą starsza pani przyjęła nas z życzliwością, opowiedziała troszkę o różnych sprzętach które stały w chacie, pokazała huculski piec, ozdoby, jakieś stroje i opowiedziała historię mnóstwa obrazów, które wisiały na ścianach. Okazało się, że do jej chaty przyjeżdżali studenci studiujący malarstwo i artyści, którzy w zamian za nocleg w ramach zapłaty zostawiali jej swoje obrazy. Niektórzy autorzy obrazów aktualnie są uznanymi postaciami.. Dodatkiem do zwiedzania była huculanka, czyli huculskie zsiadłe mleko.

Schodząc do wioski – Dzembroni mieliśmy okazję w pełni poczuć klimat Ukrainy - spacerujących drogą samopas koni, krów i innych zwierzątek, małego wioskowego sklepiku i życzliwie nastawionych do nas tamtejszych ludzi.

Ten dzień minął na penetracji wzgórza Koszaryszcze na którym znajdowała się chata, regeneracji sił po ciężkim dniu przyjazdu, planach na następne dni i rozmowach z Kubą i innymi gośćmi chaty. Wieczór czarował nas zastawionym stołem różnych przysmaków, także tych regionalnych, muzyką rozmowami, i rytuałem tajemniczego dzbanuszka, w którym znajdowała się wyborna kosodrzewinówka z górskich…


Dzień 3

Tego dnia wyruszliśmy na Smatriec.

Z chaty Kuby właściwie na wszystkie szczyty były daleko, dlatego trzeba było wyruszać rano a wracaliśmy zazwyczaj pod wieczór. Zabieraliśmy ze sobą prowiant, który przytachaliśmy w naszych ogromnych plecakach z Polski i ruszaliśmy.

Coś takiego jak szlaki w Karpatach ukraińskich nie istnienie. Są jednak 2 jakby szlaki, które są mniej więcej oznaczone. Mianowicie czerwony i czarny . Czerwony prowadzi z Dzembroni na Smatriec, a Czarny oznaczony przez Kubę na „przełęcz z wagonikami” i stamtąd już gdzie się chce ;)

Niestety wejście na czerwony szlak nie jest jakoś super oznaczone z wioski i mieliśmy problemy, żeby na niego trafić… Niestety poszliśmy jakąś drogą która prowadziła – do dziś nie wiemy dokąd. Straciliśmy sporo czasu, przemoczyliśmy buty i dopiero po zejściu powrotnym do wioski i ponownym odszukaniu- właściwego szlaku ruszyliśmy na Smatriec. Szlak czerwony jest dosyć męczącym podejściem, ale ja to zwykle bywa widoki na górze rekompensują wszystkie trudy…


Dzień 4

Kolejny dzień to wyprawa na Pop Ivana. Tym razem jednak za czarnym szlakiem.

Po dokładnych instrukcjach Kuby ruszyliśmy mijając kolejno ławeczkę nad nową chatą, kwiecistą polanę z szałasem i wyszliśmy prosto na przełęcz z wagonikami. Z niej jeszcze kawałek drogi główną granią i dotarliśmy na Pop-Ivana. Tam dawniej znajdowało się obserwatorium astronomiczne, teraz już tylko ruiny, ale warte zobaczenia. Z Popa-Ivana można popatrzeć na Karpaty Rumuńskie i Marmarskie.


Dzień 5

W chacie Kuby i jej najbliższym otoczeniu znaleźć można było wiele magicznych przedmiotów i miejsc…

Stara waga, zegary, lampy, żyrandol, którego nie umiałam zaświecić, magiczna data w kalendarzu Kuby, luneta przeciw rakietowa, tradycyjne huculskie stroje, jarmułki…

I miejsca, które w połączeniu z górskimi widokami są nie do opisania.

Pierwsze to prysznic, czyli zbite 3 kijki, do których to wodę doprowadza wąż ciągnący się przez łąkę z jakiegoś strumienia nieopodal, co sprawia, że woda jest wyjątkowo orzeźwiająca. Wszystko jest bardzo zwyczajne tylko kiedy staje się na środku jakiejś łąki pod tym prysznicem i dookoła ma się góry, góry i jeszcze raz góry to jest to wyjątkowe przeżycie.

Drugie miejsce to ten drewniany wychodek na tyle chaty, taki zwykły z serduszkiem u daszka. Magia polega na nie zamknięciu drzwi kiedy się w nim siedzi i podziwianiu i kontemplowaniu gór…

W tym dniu Ania czuła się kiepsko więc została w chacie a my z Krzyśkiem zeszliśmy w dół do Bystrieca i przeszliśmy się doliną Prutu. Malownicze są niezwykle te ukraińskie wioseczki- domu wzorzyście zdobioną blachą, zajęci swoimi pracami mieszkańcy i strumień co chwilę przecinający drogę a dookoła góry, cisza i spokój…

Mieliśmy tam też przygodę pewna krowa chciała zjeść z nami :D i prawie pozbawiła nas naszych przytachanych zapasów na ten dzień. Na szczęście udało się jakoś odratować jedzenie. Przestroga dla wędrujących po ukraińskich szlakach- krowy nie boją się ludzi ;)


Dzień 6

Ten dzień to dzień powrotu.

Schodząc od Kuby do wioski, stwierdziliśmy że dokonaliśmy wielkiej rzeczy wychodząc pod tą górę, w nocy z naszymi plecakami pierwszym razem…

Przemierzyliśmy wioskę, by dojść do miejsca skąd odjeżdżał autobus i tak powoli sunąc wiejskimi ścieżkami dotarliśmy do Werhowyny i dalej już bez niespodzianek w stronę polskiej granicy.

Piękny to był czas i chętnie powróciłabym do chaty Kuby i magii Czarnohory…

P.S.

- ukraińskie drogi są fatalne, ale mają swój klimat i dostarczają niezłego dreszczu emocji

-my wymieniliśmy pieniądze na granicy nie ma jednak problemów aby wymienić pieniądze będąc już na Ukrainie.

- paszport miej zawsze przy sobie- nigdy nie zostawiaj go w plecaku który jedzie gdzieś w bagażniku


A tu link do naszych Czarnohorskich zdjęć :)

http://picasaweb.google.pl/ruszelka/Uukraina?authkey=Gv1sRgCKHY0MrC66_ilgE#

http://picasaweb.google.pl/ruszelka/Ukraina?authkey=Gv1sRgCM-1hP27hoWZtQE#


I znaleziony gdzieś w necie Kuba śpiewający tę samą balladę, którą śpiewał rok temu w Czarnohorze...


1 komentarz: