jeziorka

jeziorka

sobota, 29 października 2011

Razy dwa albo i więcej. Londyn

Wróciliśmy z Londynu, co prawda nie wtedy kiedy chcieliśmy i nie tam gdzie chcieliśmy, ale przecież nie można mieć wszystkiego. W Londynie wszystko jest razy dwa albo i więcej bardziej niż w Warszawie: dwa razy szybciej się żyje, dwa razy bardziej tłoczno jest na ulicach, pięć razy wyższe są ceny a linii metra to w ogóle jest mnóstwo. Nawet na przyjemność podwójnego odbywania odprawy pozwoliliśmy sobie na lotnisku... W ogóle wróciliśmy do Warszawy i jakoś tu spokojnie... ;)

Wycieczka do Londynu miał być prezentem dla Krzyśka, ale nic z tego nie wyszło. Chwilę przed tym jak chciałam go podpytać o termin, w którym moglibyśmy lecieć powiedział, że ma dla mnie niespodziankę, ale potrzebuje się niestety poradzić żeby była udana no i powiedział, że chce zabookować bilety do Londynu... I tak to zniweczył moją niespodziankę. Z jednej strony byłam trochę zrezygnowana, bo ciężko jest zrobić mu prezent a z drugiej poczułam wielką radość, że jednak myślimy podobnie i znamy swoje pasje i marzenia... Tak czy inaczej dzień później zabookowaliśmy bilety i pozostało tylko czekać... :)

Zabookowaliśmy 3, bo leciała była z nami jeszcze Asia- siostra Krzyśka no i oczywiście dodaliśmy w drodze powrotnej bagaż do luku na planowane zakupy :)

No i tak 27.10 po zawirowaniach z dotarciem do pewnej z łódzkich ulic (nie polecam łódzkich uliczek na skracanie drogi :) i małej gonitwie przez łódź, by zdążyć na lot koło 16 szybowaliśmy już nad Polską.

Koło 18 czasu angielskiego dotarliśmy na lotnisko Londyn Stansted. Szybka odprawa i kurs na Londyn. Przy wyjściu z lotniska w strefie A jest biletomat linii National Express, którymi za 10£ można dojechać do Londynu. Autobus linii A6 jedzie około 1,45h i tłucze się przez całe miasto. Żeby dotrzeć na dworzec autobusowy trzeba przejść ze strefy A na lotnisku w stronę strefy F i zejść w przejście podziemne i na lewo i wychodzi się na wprost stanowisk autobusowych.

Po dotarciu do centrum zrobiliśmy małe zakupy jedzeniowe, bo byliśmy przez cały dzień zaledwie o śniadaniu i szarlotce u Dagmary i kupiliśmy karty Oyster. Karty Oyster to najtańszy sposób na poruszanie się po Londynie. Płaci się za nie 5£ kaucji a za korzystanie z transportu publicznego zjadają dziennie nie więcej jak 6£.

Coś po 21 dotarliśmy na nasz nocleg. Niestety nie udało nam się na czas zapewnić sobie miłych chwil u kogoś z couchserfingu i wylądowaliśmy w hostelu no. 8. Wiele o nim pisać nie będę, bo za bardzo nie ma o czym. Generalnie mają straszny bałagan w rezerwacjach, w hostelu jest ponuro i niezbyt czysto. Jedyny plus to to, że nie jest bardzo daleko od centrum i jak na Londyn nie jest drogi (jakieś 50 kilka złotych za noc). W cenie jest śniadanie wydawane od 8-9 (płatki, mleko, dżem, ser, tosty, kawa, herbata, sok) każdego dnia. I chyba na tym zakończę temat noclegu...

W piątek skoro świt zebraliśmy się, zjedliśmy śniadanie i w drogę na podbój miasta :)



I tak zaczęliśmy nasze szwendanie od Soho, dzielnicy rozpusty ;)







przeszliśmy przez China Town













i przemierzaliśmy wąskie uliczki próbując posmakować klimatu Londynu.













Ja zaglądałam do wnętrz lokali, z których każdy miał swój oryginalny pomysł











a Krzysiek opowiadał nam o niektórych wątkach historycznych mijanych dzielnic, pomników i miejsc.











Pokręciliśmy się po Trafalgar Square jednym z najbardziej znanych placów w Londynie.



















Przy Trafalgar Square znajduje się także Galeria Narodowa (zdjęcie powyżej), którą odwiedziliśmy tego dnia- niestety nie można w niej robić zdjęć. Znajdują się w niej dzieła Vincentego van Gogh'a, dzieła Rubensa, Cezane, Rembrandt'a, Tycjana czy Monet'a. Jak widać elita więc warto do niej zajrzeć, tym bardziej iż wstęp jest bezpłatny.

Uadliśmy się także na spacer nad Tamizę. Po drodze chciałam, żeby pomachali do pana policjanta, żeby mi odmachał, ale oni się wstydzili..



Oczywiście pamiątkowe zdjęcie na tle London Eye musi też być.





rzut okiem na parlament







i dalszy spacer brzegiem Tamizy.















Przechodząc przez most milenijny dotarliśmy do katedry św. Pawła





Nie urzekła nas ona tak bardzo jak katedry Węgier czy Norwegii, choć niewątpliwie jest piękna.











Przed katedrą natknęliśmy się na strajkujących ludzi. Protestują przeciwko ekscesom globalnego kapitalizmu i ratowaniu banków pieniędzmi podatnika, co wymusza na rządzie drastyczne cięcia wydatków i świadczeń socjalnych. Londyńska giełda znajduje się w pobliżu katedry przy Placu Paternoster, tam jednak zabroniono prowadzenia protestu.











Po zwiedzaniu katedry sił zaczęło brakować, więc wybraliśmy się na china town żeby coś zjeść i trafiliśmy do bardzo smacznego malajczyka :) (średnie ceny 6-7£)



Najedzeni zrobiliśmy jeszcze rundkę po mieście. Wybraliśmy się na ulicę Long Acre, tam znajduje się największa księgarnia podróżnicza Stanford (http://www.stanfords.co.uk/), która jest inspiracją dla podróżników. Rozejrzeliśmy się w niej i jest naprawdę imponująca. Jeśli w niej nie ma mapy jakiegoś zakątka świata to zapewne taka nie istnieje... Są tam naprawdę mapy wszystkich regionów świata a także bardzo szczegółowe mapy regionów poszczególnych państw. Jest też mnóstwo przewodników, albumów i gadżetów podróżniczych. Z tego zafascynowania nawet nie zrobiłam tam żadnego zdjęcia.

Z Long Acre udaliśmy się jeszcze na dobicie spoglądnąć na Tower of London







i na Tower Bridge













Z wieczornego spaceru ledwo dowlekliśmy się do metra, przysypiając po całym dniu wycisku marzyliśmy tylko o tym żeby się położyć...



W sobotę z rana wybraliśmy się na Portobello Market. Jest to targ tysiąca klimatycznych staroci a także kuchni świata. Raj dla zbieraczy szpargałów, ale nie tylko. Także dla tych, którzy chcą wspomnieć czy zobaczyć klimat starej Anglii.









































Z Portobello wybraliśmy się do Muzeum Historii Naturalnej.



Jest to potężne muzeum, nowoczesne, pełne interaktywnych przycisków i korbek jak na angielskie muzeum przystało. Potrzeba przynajmniej pół dnia by przez nie przejść a żeby się zagłębić to przydałby się cały dzień. Jest też opcja, żeby się tam zamęczyć, dlatego warto wybrać piętro czy dział, które nas najbardziej interesuje i z przyjemnością oddać się zwiedzaniu. My niestety zmądrzeliśmy następnego dnia w kolejnym muzeum. W tym trochę się umęczyliśmy przechodząc przez prawie wszystkie działy.

















































Po muzeum nadawaliśmy się tylko na zakupy, które nas nieco ożywiły :D Obkupiliśmy się w angielskie marki w Primarku i mogliśmy wracać na nocleg.



W niedzielę rano przespacerowaliśmy się obok parlamentu podziwiając jego potęgę i architekturę. Nie zapomnieliśmy się także przyglądnąć słynnemu Big Ben'owi :)








Zerknęliśmy z zewnątrz na Opactwo Westmisterskie



i pomaszerowaliśmy do Katedry Westmisterskiej.













Po mszy poszliśmy pomachać Królowej, ta jednak nie chciała do nas wyjść.













Więc sobie poszliśmy. Do British Muzeum. Tak jak pisałam, zmądrzeliśmy i wybraliśmy działy, które nas najbardziej interesowały: starożytny Egipt, Afrykę, Ameryki i Azję. Buszując po nich spędziliśmy kolejne pół dnia.



Krzysiek stwierdził, że nieźle Brytyjczycy nakradli z Egiptu za dawnych czasów, bo zbiory mają imponujące.























Dział Afryki prezentował nieco nowsze zbiory.

















W Azjatyckiej części było natomiast całe mnóstwo posążków Buddy, których to Krzysiek bardzo sumiennie obfocił. Zaczął nawet doszukiwać się różnic w nakryciach głowy posążków z poszczególnych państw, ale to już było nie na moje zdrowie ;)









































I tak zastał nas wieczór. Trochę poszwendaliśmy się jeszcze po mieści i wróciliśmy do hostelu.

W poniedziałkowy poranek chcieliśmy się wybrać do Madam Tussaud, ale przywitała nas ogromna kolejka do kas po bilety a na wejście do śwodka czekało się 4godziny... Stwierdziliśmy, że innym razem odwiedzimy Madam. Poszliśmy za to w stronę Baker Street. Znajduje się tam sklep Beatles'ów oraz muzeum Sherlocka Holmes'a.
Asia skusiła się na Holmes'owe muzeum.





























My natomiast w tym czasie wybraliśmy się na spacer do pobliskiego Regent's Parku

Kiedy Asia wyszła z muzeum wybraliśmy się do Greenwich Parku. Droga była daleka, ale krajobraz nieco inny niż ten który mijaliśmy poruszając się po centrum. Tam z parkowego wzgórza na którym znajduje się obserwatorium astronomiczne





i centrum astronomiczne



obiecana nam była panorama na miasto - i obietnica została dotrzymana.





Po dokładnym obfoceniu panoramy przeszliśmy przez park na drugą stronę. Wsiedliśmy w jakiś autobus i przez dobra godzinę wiliśmy się obierzami Londynu przyglądając się miastu i ludziom. W końcu dotarliśmy do metra i podjechaliśmy na stację The Oval. Tam znajduje się jeden z londyńskich stadionów krykietowych oraz jedyny sklep krykietowy w Londynie. Niestety nie było możliwości zaglądnięcia do wnętrza stadionu a z zewnątrz niestety nie zachwycał niczym, sklep też był raczej przeciętny jakoś tak mało tam wszystkiego.

Z The Oval pojechaliśmy zwiedzić katedrę anglikańską Sauthwark.























Późnym popołudniem wybraliśmy się też na most Waterloo po kolejną panoramę a przy okazji z kolejnej perspektywy mogliśmy spojrzeć na miasto.









Z Waterloo poszliśmy do sklepu firmowego Twiningsa. Obkupiliśmy się jak szaleni, wykupiliśmy chyba 3/4 możliwych pozycji, ale cóż zrobić jak w Polsce są one niedostępne...









Wieczorem poszliśmy raz jeszcze do księgarni Stanford. Spędziliśmy tam resztę wieczoru i zaopatrzyliśmy się w mapę na naszą przyszłoroczną wyprawę, gdyż w Polsce niestety jest to niemożliwe :) Udało nam się także dostać w księgarni na promocji rozmówki, które zapewne nam się także przydadzą. Można więc trochę powiedzieć, że przygotowania do naszej przyszłorocznej wyprawy i zarazem podróży poślubnej rozpoczęte... :)

We wtorek wszystko było już na szybko. Chcieliśmy odwiedzić Sport Direct, by zrobić zakupy odzieży sportowej i udało się. Krzysiek wyposażył się w koszulki ja w buty a Asia w bluzę i inne gadżety. Dalej szybko, szybko jeszcze raz odwiedziliśmy katedrę Westmisterska, bo w końcu wszystkich świętych i na dworzec na autobus.
Autobus wlekł się niemiłosiernie. Spóźnił się na lotnisko 30min i my razem z nim, ale nie tylko na lotnisko, ale jak się okazało niestety i na samolot...

Próbowaliśmy jeszcze pędem, że może się uda przejść przez odprawę, biegiem do bramki, ale niestety wejście do samolotu już było zamknięte...
Pani przy bramce poinformowała nas z uśmiechem gdzie iść żeby zdobyć nowe bilety i życzyła powodzenia... Zrezygnowani wróciliśmy do punktu wejścia, ale tam nam wyjść nie można było. Trzeba było wytłumaczyć, że spóźniliśmy się na samolot i dopiero wtedy starszy pan przeszedł z nami przez pół lotniska i wypuścił nas do hali głównej lotniska. Udaliśmy się więc nieco zrezygnowani do pana z Rayanaira, dowiedzieliśmy się o najbliższy, oddaliśmy się przyjemności zapłacenia 110£ za osobę i otrzymaliśmy naszą nową rezerwację na szczęście na ranek dnia następnego. Z drobną różnicą, że nie do Łodzi a do Krakowa, ale ważne było by dostać się do Polski.

Przenocowaliśmy więc na lotnisku, o 4 nad ranem zrobiliśmy odprawę online i po raz drugi pozwoliliśmy sobie na przyjemność przejścia przez odprawę celną :) Tym razem przy bramce do samolotu byliśmy jako jedni z pierwszych :)

Lot przebiegał spokojnie, widoki były przepiękne- nad Krakowem nawet pilot zrobił kilka rundek w powietrzu pokazując piękną panoramę na Tatry, Gorce i wszystkie inne góry wystające spod warstwy chmur...





Tylko że nie wylądował w Krakowie a we Wrocławiu, bo w Krakowie warunki na to nie pozwalały. Ale w tym wszystkim to już było obojętne. Przespaliśmy całą drogę z Wrocławia do Warszawy i wróciliśmy szczęśliwi do domu, że kolejnej nocy nie spędzimy już na lotnisku :)